Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Jak na dłoni - Blog Jacka Żakowskiego Jak na dłoni - Blog Jacka Żakowskiego Jak na dłoni - Blog Jacka Żakowskiego

25.03.2016
piątek

Dzikość wraca

25 marca 2016, piątek,

Dzięki ci, internecie! Papier nie jest z gumy. To wiadomo. Dlatego teksty napisane do gazet trzeba skracać, z czym autor pisujący dla prasy musi się oczywiście liczyć. A jak ma tyle lat co ja, nie może się dziwić ani marudzić, że z braku miejsca czasem muszą niestety wypaść z tekstu fragmenty zawierające ważne argumenty lub fragmenty przewodu. Bo kiedy coś gwałtownie do numeru wskakuje, można dłuższy tekst zastąpić czymś krótszym lub ciąć tak, żeby się zmieścił.

Takie małe autorskie dramaciki są „w papierze” naszym chlebem powszednim i odwiecznym. Szczęśliwie jest internet! Bo internet jest z gumy. Tu nic nie trzeba skracać ani wyrzucać tylko dlatego, że brakuje miejsca. Dla autorów jest to błogosławieństwo epoki. Dziś chcę z niego skorzystać.

Czytając w papierowym wydaniu POLITYKI mój tekst o powrocie dzikości, mam wrażenie, że ograniczone miejsce wymusiło skróty sprawiające, iż stał się zbyt abstrakcyjny, więc mniej przekonujący. Dlatego wklejam poniżej całość. Tych, którzy (do czego nieodmiennie zachęcam!) czytali już papierowe wydanie, nie namawiam do ponownej lektury całego tekstu. Ale zachęcam do rzucenia okiem na to, co wypadło, a może pomóc w zrozumieniu, co chciałem powiedzieć. Fragmenty, które wypadły, zaznaczyłem tak. Miłej lektury! I dzięki ci, internecie!

Dzikość wraca

Andrzej Lepper się mylił. A raczej się pospieszył. Wersal nie skończył się, gdy ogłosił to z sejmowej trybuny. Wersal kończy się teraz. Zaczął się powrót dzikości.

Nie łudźcie się. To się nie dzieje na niby ani na chwilę. Oni naprawdę to robią. Prezydent Andrzej Duda nie żartuje, kiedy mówi: „mamy prawo także do tego, by nie kierować się pseudoeuropejską poprawnością polityczną, która wiedzie na manowce, do staczania się, a nie do rozwoju”.

Nie znieczulajcie się zawężająco, interpretując te słowa – że niby chodzi o taktykę, bo „nikt nie będzie wyprowadzał Polski z Europy”. Z Europy, jaka dziś istnieje, PiS nas wyprowadzi najprędzej, jak mu się uda. Winę zrzuci na drugą stronę. Jak winę za zamach stanu zrzuca na Trybunał i opozycję. Prezes chce, „by Polacy mogli być rzeczywiście Europejczykami, ale godnymi, mającymi poczucie godności pod każdym względem”.

Nie pocieszajcie się, iż PiS się opamięta, gdy straci prawo głosu w Radzie Europejskiej. W to mu graj. Będzie paliwo do nakręcania antyeuropejskich nastrojów. A jak Komisja wstrzyma środki europejskie, to dla Prezesa jeszcze lepiej. Będzie biedniej, ale suwerenniej. Nadarzy się pretekst, by Polskę odseparować „na czas dobrej zmiany”. W imię poprzedniej rewolucji PRL zrezygnowała z Planu Marshalla i z reparacji od Niemiec. W imię tej PiS może zrezygnować z unijnych funduszy, lub raczej pogodzić się z tym, że Unia je wstrzyma, jeśli rząd nie posłucha TK i Komisji Weneckiej. Dla PiS od pieniędzy ważniejsza jest suwerenność. Zresztą jak Unia przestanie nam płacić, my też przestaniemy jej płacić. Widać, że byłby kłopot z wykorzystaniem funduszy i moglibyśmy się stać płatnikiem netto. Wstrzymanie obustronnych transferów może dla Polski-PiS oznaczać oszczędność.

Niech wam się też nie zdaje, że zawstydzicie funkcjonariuszy lub wyborców PiS, powtarzając, że nie są Europejczykami i demokratami, nie wiedzą, co to państwo prawa, łamią konstytucję i traktaty, gwarantujące Polsce bezpieczeństwo. Oni chcą Europy, prawa, traktatów. Ale innych. Te, które istnieją, nie mają dla nich wartości. Bo ich zdradziły i zawiodły.

Nie sądźcie, że zrobicie na nich wrażenie, pokazując, jak bardzo ich styl, słowa, taktyki, argumenty, tezy i oni sami przypominają Bieruta w roku 1947, Mussoliniego w 1923, ks. Tiso w 1939. To dla nich nie jest problem. Ich to tylko umacnia w przekonaniu, że drągiem swojej polityki trafili w gniazdo szerszeni, za które nas mają. Wielu z nich wierzy, że modlimy się „Ojczyznę dojną racz nam wrócić Panie”. Sądzą, że przez lata dawali mało mleka, bo ktoś ich przez sen skrycie doił. Starczy odsunąć złych od ojczyźnianego cycka, by patriotom trysnęło mleko z miodem. Europejskiej łaski nie trzeba.

Nie oczekujcie, że przestraszycie ich Trybunałem Stanu lub sądem po utracie władzy. Bo utraty władzy w ich planie głównym nie ma. „Niech nikt nie liczy na to, że my się cofniemy”, mówi Prezes. Nie wiadomo, jak bardzo są zdeterminowani i ilu się wykruszy, kiedy Prezes będzie przekraczał Rubikony. Ale też nie jest pewne, że rząd by ustąpił, gdyby stracił większość w Sejmie – np. po odejściu części posłów z PiS lub po przegranych wyborach (gdyby do nich doszło). Zawsze można stwierdzić, że wybory zostały sfałszowane, więc Sejm w nowym składzie nie może się zebrać, lub że secesjoniści stracili moralne prawo do sprawowania mandatów, bo uzyskali je na listach PiS.

Wiem, że to się w głowie nie mieści. Żadna rewolucja nie mieściła się w głowach większości społeczeństwa. A to jest rewolucja. Konstytucyjny zamach stanu polegający na unieważnieniu TK i uwolnieniu władzy z okowów konstytucji to dla PiS szturm na Bastylię. Za jakiś czas może się – daj Boże – okazać, że była to nieudana albo przerwana rewolucja. Ale tak być nie musi. To zależy nie tylko od rozumianej najszerzej opozycji.

Nie tylko nasz problem

Nie próbujcie również poprawiać sobie samopoczucia, powtarzając, że to nie jest żadna rewolucja, bo nie wiadomo, do czego prowadzi. Tego nie wiadomo nigdy. Zwykle z grubsza wiadomo, co rewolucja burzy (lub czyją głowę chce ściąć). Co powstanie na zgliszczach, okazuje się w praniu, nawet jeśli rewolucjoniści rysują rozmaite wizje.

Nie dziwcie się Kaczyńskiemu, Dudzie, Szydło, Kępie, Macierewiczowi, Pawłowicz, Ziobrze, nawet Gowinowi i paruset innym osobom, których rękami ta rewolucja robi zamach stanu. Takie postaci zawsze wyskoczą z kątów, gdy się nadarzy okazja rządzenia lub kariery. Nie jest istotne, dlaczego politycy i funkcjonariusze robią to, co robią. Ważne jest, dlaczego – gdy wyszło już szydło z worka – tak duża część społeczeństwa ich popiera.

Nie wierzcie w bajki, że chodzi o 500 zł albo coś takiego. Nie wierzcie, że jak Schetyna da 1000, a Petru da 2000, to wyborcy porzucą Kaczyńskiego. To nie tak działa.

Nie kombinujcie też, że jak pieniądze się skończą, to skończy się rewolucja. One się faktycznie skończyły, a rewolucja się dopiero rozkręca. Ten związek istnieje, ale w długim okresie. Zawsze można powiedzieć: nie ma, ale będą, jeszcze tylko zlikwidujemy sądy, zakażemy protestów, aresztujemy szkodników, wyzwolimy Polaków w Wilnie albo Lwowie. To mechanizm stary jak świat.

W porównaniach międzynarodowych widać, że pieniądze są jedną z przyczyn, ale nie są rozwiązaniem problemów tworzonych przez powrót dzikości. Te porównania są ważne. Pomagają zrozumieć, że jądrem naszych kłopotów nie jest Kaczyński, PiS ani nic specyficznie polskiego. Czynnik ludzki i kulturowy się jak zawsze liczy, ale tu nie decyduje. Nie chodzi o lokalny fenomen, ale o zasadniczy proces. To jest niestety „megatrend”, jak mówiło się dekadę temu, lub „zeitgeist” w heglowskim stylu. Trzeba go zrozumieć, by mu nie ulec tragicznie.

Nasz największy problem polega dziś na tym, że to nie jest tylko nasz problem. Gdyby powrót dzikości radykalnie różnił Polskę od otoczenia, można by liczyć, że ono przywoła nas do porządku. Ale otoczenie ma te same problemy, chociaż chwilowo jeszcze w mniejszej skali. Cały Zachód się dziś z nawrotem dzikości zmaga i boi się go panicznie. Ale nie umie stworzyć mechanizmów, które by ją skutecznie zatrzymały i zapędziły do nisz, w których siedziała 70 lat.

„Dziesiątki milionów Amerykanów, zwłaszcza białych z klasy niższej, słusznie wścieka się na to, co zrobiono im, ich rodzinom i społecznościom. Ruszyli się, by obalić neoliberalną politykę i polityczną poprawność narzuconą przez wykształcone elity obu politycznych partii: biała klasa niższa wybiera amerykański faszyzm. Ta część Amerykanów chce swoistej wolności – wolności nienawidzenia. Chcą wolności używania słów takich jak »czarnuch«, »żydek«, »meksykaniec«, »chinol«, »arabus«, »pedał«. Chcą wolności pochwalania przemocy i kultury posiadania broni. Chcą wolności posiadania wrogów i fizycznego atakowania muzułmanów, nielegalnych migrantów, Afroamerykanów, homoseksualistów i każdego, kto śmie krytykować ich kryptofaszyzm. Chcą wolności celebrowania politycznych zdarzeń i postaci, które wykształcone elity potępiają – w tym Ku Klux Klanu i Konfederatów [obrońców niewolnictwa – dop. JŻ]. Chcą wolności wyśmiewania i lekceważenia intelektualistów, idei, nauki i kultury. Chcą wolności uciszania tych, którzy im mówili, jak się zachowywać. I chcą wolności demonstrowania swojej supermęskości, rasizmu, seksizmu, patriarchatu. To są główne pragnienia faszyzmu. Nakręca je upadek liberalnego państwa”.

Niewielkich zmian trzeba, by do polskich realiów dopasować ten fragment eseju „Zemsta klasy niższej”, który w odpowiedzi na sukces Donalda Trumpa napisał Chris Hedges, wieloletni korespondent „New York Timesa”, prezbiteriański duchowny, głośny publicysta i autor politycznych bestsellerów – m.in proroczego „Amerykańskiego Faszyzmu” (2008 r.).

Wzrost rozwarstwienia

Skąd to się wzięło, dość dobrze wiadomo – ze sklejenia w społecznej wyobraźni dwóch najsilniejszych narracji ostatniego ćwierćwiecza w figurze dominujących elit. Bo kontrowersyjną politykę gospodarczą, którą klasa niższa i niższa klasa średnia kojarzy z pogorszeniem swojego położenia (bezrobociem, niepewnością, obsuwaniem się na drabinie społecznej, gdy inni się nieprzyzwoicie bogacą), promowały i uzasadniały te same osoby, środowiska, instytucje (partie, media, uczelnie, organizacje), które propagowały – znane jako „poprawność polityczna” – normy cywilizowanego współżycia, oczywiście niezbędne, zwłaszcza w pluralistycznym świecie współczesnych demokracji.

To nie jest przypadek, że do końca lat 80. nigdzie na Zachodzie kwestionowane dziś powszechnie, wynikające z ludzkiej życzliwości tolerancyjne, grzecznościowe, uprzejmościowe normy otwartych społeczeństw, które są ważnym dorobkiem kultury, a po II wojnie stały się politycznym kanonem, nie budziły w krajach rozwiniętych zasadniczego sprzeciwu żadnej istotnej części wyborców. Sytuacja zmieniła się, kiedy komunizm upadł i przestała działać socjalna konkurencja między wielkimi blokami. Francis Fukuyama ogłosił wtedy „Koniec historii”, co zostało fałszywie zrozumiane jako nieodwracalny triumf liberalnej demokracji rynkowej. Fukuyama miał na myśli co innego. To mianowicie, że system osiągnął pełnię i lepiej już nie będzie – może być tylko gorzej. Złudzenie nieodwracalności zwycięstwa spowodowało jednak, że elity zaczęły beztrosko igrać z emocjami społeczeństw.

Przez dwie dekady nie tylko w Polsce, ale na całym Zachodzie wzrostowi rozwarstwienia towarzyszyła prywatyzacja ryzyka życiowego. Od coraz bardziej niepewnych i zróżnicowanych dochodów coraz większych grup ludzi w coraz większym stopniu zależał dostęp do edukacji, służb zdrowia, kultury, usług komunalnych. Temu zjawisku, przez Stendinga nazwanemu prekaryzacją, towarzyszył wzrost społecznego napięcia, które w polityce przejawiło się inwazją populizmu, a w życiu społecznym rosnącą falą hejtu. Nie jest przypadkiem, że populizm i hejt, odrzucające nie tylko polityczną, ale i racjonalną poprawność, rosną w krajach zachodu proporcjonalnie do lokalnych poziomu prekaryzacji.

Wykluczanie i usztywnianie

Nie tylko w Polsce od wczesnych lat dwutysięcznych oba te zjawiska niepokoiły elity. Populizm objaśniano cynizmem i głupotą watażków oraz zacofaniem, ciemnotą i roszczeniową postawą wyborców. Populiści byli przez elity otaczani kordonem sanitarnym, a częściowo też imitowani przez główny nurt polityki. Winą obarczano media, system edukacji i nadmiar tolerancji wymiaru sprawiedliwości. Hejt, czyli odrzucającą poprawność „mowę nienawiści”, próbowano zwalczać. Wprowadzono kontrolę internetu. Potępiano rasizm, homofobię, szowinizm, nacjonalizm. Organizowano kampanie antyhejterskie. Mowę nienawiści wpisywano do kodeksów karnych. Poświęcano jej niezliczone publikacje oraz konferencje. Pisano medialne i uczelniane kodeksy antydyskryminacyjne.

Zanim na przykład mogłem tej zimy wystąpić na Uniwersytecie Leicester, musiałem podpisać, że będę przestrzegał uniwersyteckiej „polityki równych szans”. Zobowiązałem się, że nie będę „nikogo niesprawiedliwie dyskryminował ze względu na płeć, ciążę lub macierzyństwo, tożsamość płciową, deklaracje płciowe, niesprawność, rasę, pochodzenie etniczne lub narodowe, wiek, orientację seksualną, pochodzenie społeczno-ekonomiczne, religię i wiarę, przekonania polityczne, sytuację rodzinną – w tym małżeństwo, związek cywilny i przynależność związkową”. Zobowiązanie wraz z załącznikami liczyło kilka stron. Na innych brytyjskich uczelniach – w Oksfordzie, Cambridge, LSE, UCL – niczego takiego mi nie podsuwano. Ale w USA często instruowano mnie, czego nie wolno na jakimś uniwersytecie.

Działanie państw też miało charakter objawowy. Typowym przykładem było słynne zdanie ministra Sienkiewicza, który do białostockich rasistów spektakularnie krzyczał: „Idziemy po was!”. Ale jego rząd wzmacniał korzenie problemu, prekaryzując rynek pracy, służbę zdrowia, oświatę, kulturę, usługi społeczne. Choć powinien rozumieć, że nigdy nie udało się na dłuższą metę rozwiązać problemów społecznych przy pomocy metod policyjnych.

Działania objawowe okazywały się przeciwskuteczne. Już kilka lat temu było widać, że im bardziej elity fiksują się na populizmie i mowie nienawiści, im ostrzej je potępiają i im więcej robią wokół nich hałasu, tym bujniej one kwitną. Po pierwsze dlatego, że odnoszą się do objawów – nie do społecznych przyczyn. Próbują nałożyć pokrywkę na kipiący garnek, a to sprawia, że ciśnienie rośnie. Po drugie, bo walka z populizmem i mową nienawiści – polegająca na wykluczaniu, karaniu, zawstydzaniu – dokłada do ognia pod kipiącym garnkiem, gdyż pogłębia poczucie krzywdy, poniżenia, obcości i żalu, wyrażanych przez populistyczno-hejterską wrogość wobec elit, ładu, który one wdrażają, wartości, które reprezentują, oraz tych ludzi, których bronią – zwłaszcza kulturowych mniejszości. Po trzecie wreszcie dlatego, że angażując się w leczenie objawowe, elity ulegały złudzeniu, iż rozwiązują problem. Choć go pogłębiały.

Obok strategii „ścigania i wykluczania” część elit stosowała wobec populizmu i hejtu strategię „przejmowania”. W projektach takich jak IV RP pojawił się hejterski język wykluczeń i inwektyw wobec mniejszości i konkurencyjnych elit. Towarzyszyły mu wizje sprawiedliwości ludowej (komisje śledcze, kult transparentności), bezpośredniej demokracji (referenda, kult sondaży), walki ze zmową uprzywilejowanych (JOW, kult przetargów i konkursów). Miało to odebrać poparcie prawdziwym hejterom i populistom. Im więcej jednak populizmu i hejtu było w establishmentowym nurcie polityki, tym dalej posuwał się antyestablishmentowy populizm i hejt. Podobnie jak im bardziej obraźliwie i agresywnie elity neoliberalne odnosiły się do hejterów i populistów, tym silniejszy był ludowy hejt i populizm.

Istotą trzeciej strategii obronnej elit było „usztywnianie” przybierające postać opisanego przez Johna Braithwaite’a kapitalizmu regulacyjnego. Na początku XXI w. m.in. w Polsce faktycznie zastąpił on system liberalnej demokracji. Jego istotą jest wyłączanie kolejnych sfer polityki poza kompetencje demokratycznych decyzji i przekazywanie ich tzw. regulatorom, czyli władzy eksperckiej. Rosnący wpływ niezależnych regulatorów (od banków centralnych i sądów konstytucyjnych, przez organizacje międzynarodowe takie jak MFW, WHO, Komisja Europejska, UNESCO, po lokalne instytucje branżowe, jak KNF, KRRiT, UOKiK, URE) sprawił, że obywatele mogą łatwo zmienić polityków, ale politykom trudno jest zmienić politykę. Demokrację, a w dużym stopniu też rynek, pozbawiło to największej przewagi nad innymi systemami, którą była zdolność płynnego dostosowywania się do zachodzących m.in. w społeczeństwach zmian.

„Ściganie”, „wykluczanie”, „przejmowanie” i „usztywnianie” są wraz z neoliberalnym projektem ekonomicznym współodpowiedzialne za narastanie społecznego, politycznego, ekonomicznego i systemowego napięcia. Nie tylko między elitą a rosnącą grupą obywateli. Także między większością elity broniącą liberalno demokratycznej tradycji a jej częścią (cynicznie lub szczerze) zagospodarowującą i podsycającą rosnący bunt. Między nimi pojawiła się przepaść obcości, nieufności, wrogości, którą w politologii nazywa się polaryzacją. Polaryzacja oznacza m.in. kwestionowanie wszystkiego, co po drugiej stronie i usprawiedliwienie wszystkiego, co po własnej.

W poszukiwaniu równowagi

Gdy w warunkach głębokiej polaryzacji (jak w Polsce lub USA) jedna strona broni dotychczasowego dorobku, to druga go w czambuł potępia i odrzuca. Niuanse ewolucyjnych procesów naprawczych są nie do zaakceptowania. Gdy podstawą bronionego przez jedną stronę ładu są standardy, procedury, ograniczenia i samoograniczenia, istotą drugiej strony musi stać się dzikość odrzucająca wszelkie (w tym językowe i logiczne) standardy, procedury, ograniczenia i samoograniczenia, wszystko kwestionująca, na wszystko sobie pozwalająca, wszystko chcąca urządzić od nowa, nie bacząc na wiedzę, rady i przestrogi ekspertów. Wy chcecie takiej Europy – to my chcemy innej. Wy ważycie słowa – my walimy z mostu. Wy szanujecie Trybunał – my mamy go gdzieś. Wy jecie bezę specjalną łyżeczką – my w sali sejmowej jemy sałatkę plastikowym widelcem. I co nam zrobicie? Wy jesteście więźniami konwencji – my jesteśmy szczerzy. Szczerze was nie cierpimy. Szczerze wam nie ufamy. Szczerze wierzymy, że wszystko, co złe, to przez was. Będziemy to wyrażali szczerze, jak nam się spodoba.

Nagrabiliśmy sobie i w tym miejscu jesteśmy. Nikt nie wie, gdzie nas ta fala dzikości poniesie. Choć już widać, że gdzieś w okolice piekła. Ale panta rei. Nie wystarczy stawiać opór i marzyć o powrocie. Bo powrotu nie ma. Natomiast może być coś lepszego niż dawniej, teraz i w najbliższym czasie. Trzeba to tak wymyślić, żebyśmy potem znów nie wrócili do piekła.

Rada jest prosta logicznie, ale nie jest prosta w wykonaniu. Trzeba odtworzyć równowagę systemu. Liberalna demokracja, którą obala populizm odrzucający polityczną i racjonalną poprawność, opierała się na trzech równowagach. Na równowadze ekonomicznej (państwo hamujące ekscesy), równowadze społecznej (spójność, państwo opiekuńcze) i równowadze politycznej (demokracja, trójpodział, państwo prawa, „poprawność”). Przez trzy ostatnie dekady na całym Zachodzie te równowagi były rozmontowywane, a w Polsce konsekwentnie rosły nierównowagi. Najpierw słabła równowaga społeczna, potem ekonomiczna, teraz, pod presją tych dwóch nierównowag, kruszy się równowaga polityczna.

By równowaga (i powaga) polityczna mogła trwale wrócić, trzeba odzyskać dwie inne równowagi. To znaczy zbudować je na nowo, bo żadnego powrotu przecież w historii nie ma. Od wszystkich wymaga to wyrzeczeń, samoograniczeń i dyscypliny w rolach, które odgrywają. Brzmi to trochę jak kwadratura koła. Ale jeśli nie będziemy umieli tego zrobić, będziemy siedzieli w piekle. A jeśli nawet jakimś sprytnym mykiem zdołamy się z niego wyrwać, wciąż będziemy czuli na plecach jego żar. I niebawem znów nas on pochłonie.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 26

Dodaj komentarz »
  1. Przez dziesięć lat straszył pan PiS-em, więc może sobie pan dalej straszyć. Mam tylko jedną odpowiedź na pańskie straszenie: phi.

    A, z całego tekstu przeczytałem tylko tytuł, bo z góry wiadomo, co pan napisze. Zmień pan wreszcie płytę, bo tylko pan wzmacnia…PiS…

  2. przychodzi baba do lekarza , a on: ma pani zapalenie płuc, raka mózgu, …; radzę iść do domu i: wyrzeczenia, samoograniczenia, dyscyplina , a będzie pani zdrowa jak koń w Janowie. Takie analizy to słyszałem w 56, 70, 80, 90 i tylko panu B. się udało coś zrobić ale i tak nasi geniusze uważają , że źle. Więc może skończmy nawoływać tylko zacznijmy proponować konstruktywne pomysły jak działać, a nie: jeden śpiewa, drugi podskakuje, inny głoduje, a pan J.K. się uśmiecha i zaciera rączki – ” tańczą tak jak ja im gram”.

  3. Szkoda, że nie widzieliście tego wszystkiego kilka miesięcy temu. Tak, tak, używam liczby mnogiej, bo chyba ma Pan jakieś kontakty z kolegami z Polityki, TokFM i Wyborczej. Wy już jesteście w piekle i się stamtąd nie wydostaniecie. Jedyne co możecie zrobić, to nie zatruwać swoimi nazwiskami i tytułami wysiłków tych, którzy nie współdziałali z Wami w rozmontowywaniu równowag przez przez ostatnie dekady i którzy są gotowi, żeby to wszystko zacząć montować do kupy od nowa.

    Wasze „Tusku musisz” i atak we wszystko co nie z PO albo SLD to dzisiejsza Polska. Pogratulujcie sobie!!

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Czy już nie czas tę frustrację przegranego, nienawiść do Prezesa i PiS przekształcić w coś konstruktywnego? Może założyć fundację dla samotnych matek lub prowadzącą akcję uświadamiania, iż postęp polega na wyzuciu społeczeństwa z zasad i ograniczeń :).
    W przeciwnym wypadku, wszystko ureguluje PiS i opozycja stanie się bezprzedmiotowa.
    Nawołuję do opamiętania…
    A póki co, życzę dobrych Świąt!

  6. Z Europy, jaka dzis instnieje nie wyprowadzi P{olski ani Kaczynski, ani zaden inny mojżesz (ojżesz!). No chyba ze zdazy przed 23.59. Powod jest prosty: Europa, jak dzis istnieje nie bedzie istniala jutro, a juz na pewno nie bedzie istniala za pare tygodni. Wiec prosze sie nie obawiac. Mowie oczywiscie o Europie realnie wystepujacej w przyrodzie, a nie widmowych fantomach na scianie jaskini, w ktorej spętany siedzi Pan redaktor z kolegami. Moze ten żar na plecach to nie od ognia piekielnego, ale od platonskich ogni generujacych cienie. Czas by sie bylo wyzwolic z pet, odwrocic, a moze nawet wyjsc z jaskini.

  7. Pan Żakowski swoim tekstem, zwłaszcza pierwszą częścią zdruzgotał mnie psychicznie, załamał, pogrążył w pesymizmie. Czuję się strasznie, jestem przerażony a do polityki i państwa odczuwam już bezgraniczną odrazę, która mnie utwardza w żelaznym postanowieniu nie pójścia już nigdy na wybory. Polityka nie jest dla zwykłych ludzi, tylko dla dzikusów z atakami wścieklizny. Zatem nie będę się do polityki wtrącał. Muszę jeszcze całkowicie przestać czytać jakąkolwiek prasę, by powrócić do jako takiej równowagi intelektualnej i psychicznej.

  8. Analizy wyczynów Kaczyńskiego z lat 2005/2007 mrowiły mi plecy. Jak przewidywałem kilkanaście tygodni temu, publicystyka red. Żakowskiego osiągnie dopiero teraz pełny rozkwit, tyle tylko, że włosy stają dęba ze strachu. Doszło do tego, że odmówiłem żonie przeczytania artykułu „Dzikość wraca”, zamieszczonego w Polityce nr 12. Mimo wszystko pozdrawiam świątecznie p. Jacka i cały zespół.

  9. rzeczywiscie dlugi tekst, ale wart przeczytania. Smutna rzeczywistosc dowodzi, ze autor, moze okazac sie prorokiem. Podzielam jego opinie, ze nastepnych wyborow moze nie byc. W sensie doslownym lub przenosnym ale to rzeczywiscie juz widac

  10. Najpierw trzeba pozbyć się gangu przestępców. I bynajmniej nie czekając na wybory, których nikt w najbliższej przyszłości nie zamierza ogłaszać.

  11. Brzmi przerazajaco co do najblizszej przyszlosci swiata. Wyglada na to, ze spelniaja sie proroctwa dotyczace ludzkosci. Musi nastapic katastrofa aby taki wstrzas przelamal obecny system. Oby nastepny byl przychylniejszy czlowiekowi.

  12. Paranoja (w obecnej klasyfikacji ICD-10 uporczywe zaburzenia urojeniowe) jest chorobą rozpoznawaną w medycynie dość rzadko, jednak wielu autorów skłania się ku przypuszczeniu, że jest to stan patologiczny występujący znacznie częściej, niż wynika to z oficjalnych statystyk. Wynika to z tego, że w chorobie tej doznawane przez chorego urojenia są na tyle prawdopodobne, że otoczenie traktuje to raczej jako cechę charakteru, niż chorobę. Można pokusić się o stwierdzenie, że każdy zna jakąś osobę, która ma pewne poglądy nie oparte na żadnych przesłankach, które podzielałoby otoczenie i w tych poglądach jest niewzruszona. Choć wszyscy wokół uważają, że poglądy tej osoby są niezwykłe, to jednak wskutek częstego faktu, że człowiek ten właściwie wypełnia swoje role społeczne (pracownika, ojca/matki, kolegi itp.) urojenia paranoiczne nie są uważane przez innych za chorobowe. Panie Jacku osobnik paranoiczny jest niegrożny jak bobasek ale jak dorwie się do władzy to sytuacja dla jego otoczenia nie jest zbyt ciekawa. Paranoicy są bardzo cierpliwi w dorywaniu się do władzy mogą czekać latami, np. 8 lat …

  13. Problem pewnego zdziczenia w Polsce nie jest nowy. Mieszkam od wielu lat w USA i do Warszawy przyjezdzam raz na 2-3 lata. Uderzylo mnie, od wielu juz lat, zdziczenie jezyka. Idac ulica slysze przypadkiem, z ust mlodego mezczyzny ubranego w przyzwoity garnitur, badz mlodej kobiety, umalowanej i dobrze ubranej, strumien mowy ktora za mojej mlodosci nazywano bluzgiem. Slowa, ktore niegdys wymawiano szeptem badz co najwyzej pod przyslowiowa budka z piwem staly sie przecinkiem. Nalezy miec nadzieje ze, jak kazda moda, ta sie odwroci i zapadnie nowa moda na uprzejmosc. Nalezy rowniez nad tym pracowac, w szkolach I rodzinach, bowiem przemoc I pogarda zawsze zaczyna sie od jezyka.
    Wzgledem PiS, PiS jest partia narodowo-socjalistyczna o odcieniu katolickim. Ewidentnie znacznej czesci Polskiej populacji taka orientacja polityczna odpowiada. W pewnym sensie wina Polskiej inteligencji jest instynkt wybielania Polskiej historii i ludzenie sie ze nurt faszystowski, tak widoczny a nawet dominujacy w okresie miedzywojennym, nalezy do przeszlosci. Niestety, nie nalezy. Z nastaniem PiS Polska powrocila do Wschodniej Europy w ktorej faszyzm byl dominujacy w okresie miedzywojennym, a dzis powraca.
    Problem polityczny w USA jest w pewnym sensie podobny do PiS. Przez lata, neoliberalna polityka ekonomiczna obnizala standard zycia klasy sredniej. Wmawiano klasie sredniej ze bedzie odwrotnie, bo wzrost gospodarczy wszystkich uniesie, nawet tych co stracili dobra prace i jakos nie moga znalezc nowej. Kiedy konsekwencji nie dalo sie juz ukryc (rzeczywistosc skrzeczy), partia Republikanska zwlaszcza przestawila sie na szukanie kozla ofiarnego, ktorym zostaly wyksztalciuchy, mniejszosci oraz nielegalni imigranci. Te 10-20 lat propagandy sie wlasnie skumulowaly w osobie Donalda Trump oraz Tadeusza Cruz ktorym rowniez dopomagaja chaotyczne reguly gry w prawyborach Republikanski. Co na to wiekszosc, okaze sie w listopadzie.

  14. Panie redaktorze Jacku Żakowski, napisał pan mądry artykuł !
    Zestawiłem pański tekst, który jest podkreślony.
    Oddaje sedno diagnozy wskazanej przez pana w tekście opublikowanym w wydaniu papierowym.
    To dobrze, że przeczytał go „biczownik” obywatel Jarosław Kaczyński i leżąc „krzyżem”
    w jakimś kościele, czyni akademicka analizę pańskiego, tak wymownego przesłania … Także wobec niego, a może przede wszystkim wobec niego i jego zauszników … i klakierów …
    Czy potrafi sam dokonać rzeczywistej metamorfozy swego niegodnego Polski ideologicznego, buńczucznego, urojonego dyktatorskiego postępowania ?
    Czas to udowodni.
    Pozdrawiam pana i czytających mój komentarz ze świątecznych i pomimo marcowego chłodu, na przekór partii PiS, prozachodnich Słubic nad Odrą, w Lubuskiem.
    Czołem !
    Viwat twórcy internetu !!!
    Rakoczy

  15. Wysłuchałem dzisiaj (25.03.2016) audycji Post Factum radia TOK FM. Gościem Agaty Kowalskiej był prof. Marcin Matczak, który trafnie, moim zdaniem, określił to, co się obecnie dzieje, jako walkę politycznej siły z prawem. Prof. Matczak wyraził też obawę, że w tej walce prawo nie ma zbyt wielkich szans, bo nie dysponuje żadnymi narzędziami do jej prowadzenia. Nie do końca się z tym zgadzam. Orężem prawa, którym może pokonać polityczną siłę, jest właśnie prawo. Problem w tym, że prawo nie dysponuje organami, które mogłyby toczyć taką walkę. Musi je więc ktoś w tej walce zastąpić. Wydaje się, że jedynymi, którzy są w stanie tego dokonać, są ludzie mediów wspomagani przez ludzi prawa.

    Wysłuchałem wielu rozmów podobnych do tych, którą prowadziła Agata Kowalska z prof. Marcinem Matczakiem. Żadna z nich nie rozwiała moich wątpliwości, które dotyczą statusu trzech sędziów Trybunału Konstytucyjnego wybranych przez poprzedni Sejm oraz mocy prawnej wyroku Trybunału Konstytucyjnego z dnia 9 marca 2016 r. Nikt nie wyjaśnił, nikt też o to nie zapytał, dlaczego złożenie przez sędziego TK ślubowania wobec Prezydenta jest warunkiem dopuszczenia sędziego do orzekania, a nawet do objęcia przez niego urzędu. Konstytucja nie tylko o tym nie wspomina, ale wręcz tego zakazuje.

    Art. 194 ust. 1 Konstytucji stanowi, że Trybunał konstytucyjny składa się z 15 sędziów, wybieranych indywidualnie przez Sejm na 9 lat. Czy mogą być więc jakiekolwiek wątpliwości, że Sejm wybiera sędziego TK i że wybiera go na określoną kadencję. Czy mogą być jakiekolwiek wątpliwości, że z chwilą podjęcia przez Sejm uchwały, osoba wybrana uzyskuje status sędziego TK nie później niż z pierwszym dniem dziewięcioletniego okresu określonego uchwałą o wyborze sędziego TK? Czy Konstytucja zawiera przepis upoważniający Sejm do anulowania swego wyboru?

    Konstytucja wyraźnie określa, kto ma obowiązek złożyć ślubowanie czy przysięgę. Wśród zobowiązanych nie wymienia sędziów TK. Nie zawiera też upoważnienia do nałożenia na sędziego TK takiego obowiązku w drodze ustawy. Wręcz przeciwnie – zabrania tego. Zgodnie z art. 195 ust. 1 Konstytucji sędziowie Trybunału Konstytucyjnego w sprawowaniu swojego urzędu są niezawiśli i podlegają tylko Konstytucji. Nie może być więc żadnych wątpliwości, że Konstytucja zabrania uchwalenia przez parlament i podpisania przez Prezydenta ustawy ograniczającej niezawisłość sędziego TK. Przecież art. 8 ust. 2 Konstytucji stanowi, że przepisy Konstytucji stosuje się bezpośrednio, chyba że Konstytucja stanowi inaczej. W tej sprawie Konstytucja nie stanowi inaczej. Czy w tej sytuacji można mieć jakiekolwiek wątpliwości, że ustawowy nakaz złożenia przez sędziego TK ślubowania wobec Prezydenta jest niekonstytucyjny, a więc bezprawny?

    Obowiązek złożenia przez sędziego TK ślubowania jest pozbawiony sensu. Sędzia za sposób sprawowania urzędu nie ponosi żadnej odpowiedzialności. Nie grozi mu Trybunał Stanu. Jest to logiczne i w pełni uzasadnione. Nie da się przecież pogodzić odpowiedzialności za sposób orzekania z niezawisłością w orzekaniu. Każde zobowiązanie wynikające z roty ślubowania, jakiekolwiek by ono nie było, musiałoby ograniczać niezawisłość sędziego, o ile sędzia zamierzałby tego zobowiązania dotrzymać. Jednak gdyby sędzia TK zamierzał dotrzymać takiego zobowiązania, to okazałby się niegodny urzędu, który objął. Jedyne więc co sędzia TK może zrobić, to niedotrzymać ślubowania, które złożył. Niezawisłość sędziego TK jest wartością o wiele wyższą, niż dotrzymanie absurdalnego zobowiązania. Tym bardziej, że złożonego pod przymusem.

    Ustawodawca nakazał sędziemu TK złożyć następujące ślubowanie:

    „Uroczyście ślubuję, że pełniąc powierzone mi obowiązki sędziego Trybunału Konstytucyjnego, będę wiernie służyć Narodowi i stać na straży Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej, czyniąc to bezstronnie, według mego sumienia i z najwyższą starannością oraz strzegąc godności sprawowanego urzędu.”

    Czy sędzia, któremu nakazuje się wierne służenie komuś, może być niezawisły? Jak sędzia ma ocenić, co jest przejawem wiernej służby Narodowi, a co stanowi naruszenie tego obowiązku? Naród swą wolę wyraża większością głosów obywateli uprawnionych do głosowania. Jak sędzia ma poznać tę wolę? Jak pogodzić wierną służbą Narodowi z bezstronnością orzekania? Jak w tej sytuacji strzec godności urzędu? Jakby tego wszystkiego było za mało, ustawodawca nakazuje sędziemu TK strzec Konstytucji. Strażnikiem Konstytucji jest Prezydent. Ma on obowiązek niepodpisywania albo zaskarżania aktów normatywnych do Trybunału Konstytucyjnego. Czyżby ustawodawca tego samego oczekiwał od sędziego TK? Przecież to absurd. Sędzia TK nie ma prawa interweniować nawet, gdy w jego ocenie Konstytucja jest poniewierana w sposób najbardziej nieprzyzwoity. Musi czekać, aż ktoś uprawniony zwróci się do TK o rozstrzygnięcie czy akt normatywny jest zgodny, czy też niezgodny z Konstytucją. Najbardziej kuriozalne jest to, że sędzia TK musi złożyć ślubowanie, bo sam nie może zaskarżyć ustawy, która mu to nakazuje, a jak dotąd nikt, kto ma takie prawo, tego nie zrobił.

    Słuchając dyskusji o tym, co się obecnie dzieje, nie natrafiłem na taką, która dotyczyłaby prawomocności orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego. Nie dowiedziałem się, dlaczego ogłoszenie orzeczenia przez TK nie skutkuje jego wejściem w życie, tak jak ma to miejsce w przypadku orzeczeń wszystkich innych sądów. Nie wyjaśniono też, dlaczego dopiero ogłoszenie tego orzeczenia w organie urzędowym jest dniem wejścia w życie tego orzeczenia. Nie natrafiłem na dyskusję, której tematem byłyby skutki opublikowania orzeczenia TK w organie urzędowym po dniu, w którym upływa określony przez TK termin utraty mocy obowiązującej aktu normatywnego.

    Prawo obowiązuje wszystkich. Nieznajomość prawa szkodzi. Chciałbym, żeby w sytuacjach, gdy rozumienie prawa budzi kontrowersje, lub gdy takie kontrowersje są wywoływane dla celów politycznych, ci, którzy są prawnikami i ci, którzy uważają się za prawdziwych dziennikarzy, robili wszystko, by prawo objaśnić i żeby to właściwe rozumienie prawa nagłośnić. Może nie mam racji, może zbyt surowo oceniam prawników i dziennikarzy, ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że potrzeby szarych obywateli nie są tym, co kieruje i prawnikami i dziennikarzami w ogólnonarodowej dyskusji w – ogólnie mówiąc – sprawie Trybunału Konstytucyjnego.

  16. bardzo trafna analiza -po czesci-Te 3 nierownowagi -ekonomiczna spoleczna i ostatnia polityczna zostaly spowodowane przez rozne srodowiska; rowniez to, ktorego jest Pan prominentnym przedstawicielem.Jedyna sila zdolna do wprowadzenia rownowagi w sferze spolecznej i ekonomicznej jest pis .Ma do tego sile i wole polityczna .To doprowadzi do rownowagi w sferze politycznej .To z kolei doprowadzi do marginalizacji wielu srodowisk -w tym i tego,ktorego prominentnym przedstawicielem jest Pan.—wyrazy szacunku–

  17. Przeczytałem dzisiaj artykuł Pana Redaktora Jacka Żakowskiego w wersji papierowej, opublikowanej w „Polityce” i na blogu polityka.pl. Dopiero po tej lekturze zrozumiałem dlaczego „Dzikość wraca?”. Do opisu przyczyn dzisiejszego stanu trwającej od 5. miesięcy „rewolucji PiS -owskiej”, zwanej przez dzisiaj rządzącą samodzielnie partię „dobrą zmianą” trudno mi dodać coś nowego. Pan redaktor znakomicie pokazał aktualną sytuację, polityczną, społeczną i gospodarczą III RP. Co będzie dalej, jak potoczą się dalsze losy naszego państwa, nie wie nikt. W świątecznym wydaniu „Polityki” opisano PiSankę Polską w kilku tekstach, które przedstawiają jak przetrwać „dobrą zmianę” (wywiad z prof. Tadeuszem Gadaczem – uczniem ks. prof Józefa Tischnera), władzę bez wstydu (wywiad z prof. Zbigniewem Mikołejko – o braku przyzwoitości i bierności Polaków, oraz o ty, że bez biedy nie ma buntu). Te wywiady są dobrym uzupełnieniem artykułu red. Żakowskiego. Warto ten numer „Polityki ” przeczytać przed zbliżającymi się się Świętami Wielkanocnymi, aby zastanowić się nad własnym miejscem w wycieczce od wolności i wybrać dla siebie coś z „Siedmiu przepisów na niePiS” wymienionych w tekście Mariusza Janickiego i prof. Wiesława Władyki.A jest w czym wybierać.

  18. Ja widzę inną przyczynę degeneracji całego świata (niby) cywilizowanego. Całkowity upadek idei „dobra wspólnego”. Polityka tylko jest skutkiem- jak to w demokracji. Paradoksalnie więcej „dla ludzi” robi autokrata- z próżności (jak Saudowie) niż demokratycznie wybrany polityk, który musi przypodobać się określonej grupie wyborców.
    „Dobro wspólne” zabił kult pieniądza i posiadania, nie jakiś rząd. Za upodleniem najbiedniejszych stoi brak skrupułów nie tylko pracodawcy ale i klienta, który musi mieć tanio, żeby mógł mieć więcej. Relikwii swojej religii- czyli rzeczy. Rzeczy często bzdurnych, podlej jakości- bo wytwórca współczesny nie ma ambicji by stworzyć coś wartościowego, ważnego. Chce tylko zarobić. nawet na byle g… Nie inaczej myśli „inteligent”- czy to lekarz, który raczej dba o swoje dochody niż by dobrze leczyć, czy nauczyciel, dla którego szkoła to miejsce zarobku a nie poświęcanie się młodzieży, czy dziennikarz piszący pierdoły o pseudogwiazdce bo za takie ogłupianie ludzi dobrze płacą.
    Szlachetne jednostki nadal wierzące w „kult dobrej pracy” to nic nie znaczący frajerzy.
    Praca jako działanie na rzecz innych, które stworzyło cywilizację ludzi, zamieniła się w dorobkiewiczostwo.
    Indywidualizm czyli uznanie dobra jednostki jako dobra najwyższego zmienił się w egoizm czyli uznanie tylko swojego dobra za dobro najwyższe. Albo w ogóle jedyne.
    I dot. to i cynicznego polityka i i szarego obywatela.
    Co to oznacza dla cywilizacji opartej na idei dobra wspólnego, jaką kiedyś byliśmy? Koniec. Nie pierwszy w historii ludzkości. I zawsze z tej samej przyczyny.

  19. Drogi panie Redaktorze – równowagi raczej nie będzie. Zwłaszcza u nas, zwłaszcza teraz. Przecież pan to wie … Nasi współobywatele nie lubią samodzielnego myślenia a tym bardziej samodzielnie podejmować decyzji. Zawsze będą szukać „wodza”, który im podpowie co czytać (jeśli w ogóle …), w co wierzyć, w którym pochodzie (marszu) wziąć udział. Oczywiście do równowagi (fajne słowo) dążyć należy ale jak tę drogę znaleźć? Nauczanie w Polsce jest prowadzone wg narzuconych schematów – poziom nauczania zawsze równa się w dół. Nauczyciele nie lubią dzieci – szczególnie tych, które zadają pytania. Słowo „tolerancja” jest tylko abstrakcyjnym brzmieniem. Naszym krajem (specjalnie nie piszę „państwem”) rządzą nieodpowiedzialni i szaleni ignoranci wybrani przez niecałe 6 mln. obywateli (!). Media doprowadzono do biegunowego wrzenia: albo lewo albo prawo! Nawet czasopisma ogrodnicze i hodowlane przestały być politycznie obojętne. Sztuka …. równia pochyła (dodam: w dół). Doprawdy … jakoś trudno mi znaleźć jakieś pozytywy – są jakieś rodzyneczki … pojedyncze, takie jak pan. Gorzki ten pana tekst. No! Ale w coś wierzyć trzeba. Więc uwierzmy, że gdy nasza emigrancka młodzież wróci do kraju z głową pełną innych niż katonarodowe wzorców – będzie lepiej. Nie dożyjemy tego ale przynajmniej nasze wnuki będą normalniej żyć. Ot – takie marzenie …

    Pozdrawiam z Małopolski

  20. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że red. Żakowski nie nadąża za zmianami (bardzo szybkimi zresztą), jakie zachodzą w Europie Zachodniej. Ma ideologiczne klapy na oczach, przez które nic nie widzi, powtarzając, jak mantrę, swoje slogany. Wartość UE się zmienia! Ciągły napływ muzułmanów powoduje coraz większe zamieszanie. Państwa, do których oni napływają, nie kontrolują tego procesu. Rośnie zagrożenie terrorystyczne, które już w dużym stopniu dezorganizuje te państwa (stan wyjątkowy we Francji, zaostrzanie prawa antyterrorystycznego). Ta sytuacja dynamicznie się zmienia. To trzeba widzieć. Jeśli nasi politycy się temu uważnie przyglądają i próbują coś robić w tym zakresie, to jest to przecież dobre dla nas obywateli. Ślepi politycy są groźni, groźniejsi niż ślepy Żakowski.

  21. Szanowny Panie Redaktorze, bardzo uczony artykuł. Brakuje jeszcze stu przypisów do literatury socjologicznej a byłby od razu doktorat.
    A PiS po prostu znalazł lukę w elektoracie, która od zarania Wolnej Polski była kompletnie zaniedbana, także przez PC, ZChN i arcyliberalny program Zyty Gilowskiej pierwszego rządu PiS. Liberalna i pozornie lewicowa opozycja muszą pójść tą drogą i zrobić to dużo lepiej. Zresztą widać, że się dużo nauczyli. Nowoczesna i PO starali się bardzo i chcieli w poprawkach do programu 500+ dużo w nim zracjonalizować. No bo dlaczego dopłacać najbogatszym a pominąć samotne matki oraz gorzej usytuowanych z jedną pociechą?
    Pozostaje jeszcze długa droga, abyśmy stali się społeczeństwem powszechnego dobrobytu. Dziękuję za wnikliwy artykuł oraz życzę Wesołych Świąt Wielkanocnych.

  22. potrzebujemy tego typu refleksji…

    rozważania idące w podobnym kierunku, wraz z sugestiami „co robić”
    znajdzie Pan (jeśli ma Pan ochotę czytać, co napisali inni) tu:

    http://studioopinii.pl/pawel-j-dabrowski-durnokracja-czyli-o-potrzebie-obywatelskiej-kontroli/

  23. Głównym sprawcą nieszczęścia pod tytułem PiS nie są nierówności społeczne. PiS doszedł do władzy na drodze piramidalnego kłamstwa, gdyby podczas kampanii uprzedzili uprzejmie o demolce którą planują to nikt normalny by na nich nie zagłosował. A patrząc wstecz widzę, że popyt na oszołomów w Polsce zawsze był dość spory, ale w miarę stały: w 1989 był Tymiński, w 2000 Lepper, potem szalał Giertych. Teraz jest Kaczyński i Duda, którym oprócz grupki słabo rozgarniętych fanów zaufało sporo przyzwoitych acz naiwnych ludzi, którzy po prostu mieli dosyć PO.

    Mam też odczucie, że dotychczasowe teorie o rozwarstwieniu społecznym, czy to w Polsce, czy na świecie, trzeba włożyć do kosza, bo świat za bardzo popędził do przodu. Za kilka lat tylko w Nigerii będzie 400 milionów ludzi, z czego większość, pewnie więcej niż populacja Europy, będzie żyła w kompletnej nędzy. A to tylko jeden z kilkudziesięciu krajów wokół nas. To już nie jest rozwarstwienie, to coś więcej. Ale czy to nasza wina? Nie! Coraz więcej ludzi czuje, że poprawność polityczna przywódców krajów unijnych, to odwracanie oczu podczas kolejnych zadym ulicznych w wykonaniu przybyszów z południa, powoduje więcej nieszczęść niż pożytku. Obecnych wyzwań nie da się wytłumaczyć starymi teoriami i rozwiązać starymi metodami – stąd popyt na nowe twarze.

  24. Panie Redaktorze chyle czola…Pozostaje teraz kwestia jak przekuc to co Pan napisal na ,,21 Postulatow” , takie nadajace sie do :
    1.umieszczenia na sztandarach
    2. umieszczenia ich wraz z celnym konentarzem na ulotce formatu A8
    Tamci bija nas sila prostoty (i prostackoscia?) swoich hasel. Lewica grzeznie zas w niuansach.

  25. Redaktor Żakowski chyba trafną postawił diagnozę problemu:Gdzie umiejscowiły się przyczyny nie najciekawszej sytuacji jaką raczy nas współczesność? Współczesność w skali globalnej, bo tylko ta jest sensowną skalą opisu zagrożeń, wyzwań, lęków.
    Obojętnie gdzie nie zajrzymy przez dziurkę od klucza tam obraz skłaniający do nieciekawych konstatacji. Głoszonych zresztą w tonie nad wyraz wisielczym i z kwaśnym wyrazem twarzy.

    Stan świat polityki, kultury, relacji międzyludzkich,ekonomii wołają o pomstę do Absolutu, którym niekoniecznie musi być Allah. Jest jeszcze oswojony,ale od jakiegoś czasu coraz częściej okupujący ławkę rezerwowych chrześcijański Bóg, ale nawet w Trójkę miałby problemy z mocarzami tego świata.
    I rzeczywiście ewidentny przechył w stronę paradygmatu opisującego świat w jednych jedynie słusznych kolorach jest jeżeli nie jedynym to głównym winowajcą tego że jest jak jest na tym najpiękniejszym ze światów.
    Od czasów kiedy Gorbaczow chciał ucywilizować wiadomy model ustrojowy ,a Jelcyn pił bez zakąski i nie bardzo wiedział co dzieje się dalej niż na wyciągnięcie reki w kierunku flaszki, druga strona barykady
    zabrała się ochoczo do roboty. Efekty tych działań zawarł Redaktor w swoim tekście… który w końcowej części umaił takim oto zdaniem:

    „Trzeba stworzyć równowagę systemu.”

    Ciekawa i zrozumiał teza. System to oczywiście liberalna demokracja.

    A ja od siebie, na zupełnym luzie nazwę problem inaczej:

    „Trzeba stworzyć równowagę…dla systemu.”

    Czyli liberalna demokracja i owszem, ale obok, depczący po piętach
    całkiem odmienny zestaw wartości wokół których budowany są społeczeństwa.
    I jedna na koniec uwaga.

    Ten konkurencyjny model musi posiadać zasięg globalny, bo tylko taki wymiar pozwoli dotrzymać kroku ,a może przechylić szale na swoją korzyść w rywalizacji z obecnym globalny suwerenem.

    A kto, lub co nim może być?
    Wiadomo. Ale szczegóły też mogą ważyć o nocie za wartość techniczną programu.

  26. Dzięki Ci internecie! Dzięki Ci Redaktorze! Takiego tekstu szukam. Bardzo trafna analiza i ocena. Rozumiem że te miejscowe przejaskrawienia są celowe dla podkreślenia całego przesłania. Ostatni podobny tekst czytałem u Jakoba Augstein w SPON. Można posłużyć się heglowskim Zeitgeist, ja posłużyłbym się marksistowskim: Widmo krąży po Europie. Widmo nacjonalizmu. Przed ok.10 laty prognozowałem wśród znajomych upadek ideologii globalizacji która okaże się taką samą fałszywą religią jak radziecki komunizm. Ci którzy na Pana wybrzydzają w obronie Kaczyńskiego nie rozumieją pańskiego przesłania. Procesami społecznymi nie da się sterować. To nie Kaczyński, Le Pen i inni nacjonalizują swoje społeczeństwa. To powracające do nacjonalizmu, granic państwowych, tradycyjnego modelu rodziny, odwrót od konsumpcyjnego, indywidualnego modelu człowieka wychowanego przez msm na konsumenta który dzięki reklamom kupuje rzeczy których nie potrzebuje, za pieniądze których nie ma, żeby zaimponować ludziom których nie lubi, te społeczeństwa wybierają swoich przywódców na miarę nowych innych potrzeb. Neoliberalizm sprawił że ludzie stali się gromadami beduinów ciągnących za pracą. Brak możliwości założenia rodziny i posiadania dzieci które stały się luksusem, elity postanowiły uzupełnić importem z obcych kultur. Przed kilku laty Buffett Warren powiedział w wywiadzie do NYT: żyjemy obecnie w okresie wojny, wojny między biednymi i bogatymi. I wydaje mi się że my tę wojnę wygrywamy.
    Pana obserwacje które pokrywają się z moimi wskazują że ta wojna jeszcze długo nie została rozstrzygnięta. Świat potrzebuje powrotu do kapitalizmu nadreńskiego, odpoczynku od niszczycielskich wojen, powrót do polityki zaufania i odprężenia. Obecną sytuację w Europie chciałbym opisać pewną myślą której autora już nie pamiętam (być może Tucholsky). Zepsucie demokracji nie jest takim strasznym złem. Można to naprawić w następnych wyborach. Są rzeczy których naprawić się nie da. Eksperyment któremu poddana zostaje obecnie Europa jest nienaprawialny. Jeszcze raz gratuluję mądrego tekstu.

  27. Aateista
    29 marca o godz. 9:25
    Zgadzam się ze stwierdzeniem, że „Trzeba stworzyć równowagę … dla systemu”.
    Sama liberalna demokracja nie wystarczy do budowania społeczeństwa, gdyż o jego stanie ważą inne wartości, które definiują socjologia, kulturoznawstwo, ekonomia i filozofia. Ten konkurencyjny dla neoliberalnej demokracji zestaw wartości zadecyduje w skali globalnej w bieżącym stuleciu, przy założeniu, że stojąca przed współczesnym światem groźba wojny nie unicestwi systemu. Gdy ta groźba nie spełni się, to będzie można liczyć na to, że Europa, Azja i Ameryka poradzą sobie z powrotem dzikości.