Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Jak na dłoni - Blog Jacka Żakowskiego Jak na dłoni - Blog Jacka Żakowskiego Jak na dłoni - Blog Jacka Żakowskiego

26.02.2016
piątek

Liberałowie, zakochajcie się w lewicy!

26 lutego 2016, piątek,

Kiedy sondażowe poparcie dla PiS osiągnęło tragiczne 40 procent, polscy liberałowie związani z PO i Nowoczesną wybuchli gwałtowną niechęcią do próbującej się odrodzić lewicy. Walcem drogowym ruszył na nią nie tylko niezawodny Wojciech Maziarski z „Gazety”, ale też refleksyjna zazwyczaj prof. Agata Bielik-Robson i nawet Malwina Dziedzic, moja zwykle pełna łagodności koleżanka z redakcji POLITYKI.

Psychologicznie mechanizm wydaje się dość prosty. Przypomina klasyczne spuszczanie łomotu żonie przez męża, którego zrugał szef. Liberałowie dostają na prawej bandzie łomot, więc sami próbują spuścić komuś łomot na lewej. Może też trochę liczą, że jak anihilują „Razem” i nowe stowarzyszenie „Inicjatywa Polska”, któremu lideruje Barbara Nowacka, to pożywią się ich elektoratem.

Ale to jest absurd. Żadna lewica nie poprze Nowoczesnej, która chce likwidować związki zawodowe, ani nawet Platformy, która wprawdzie w swojej drugiej kadencji sporo zrobiła, by pomóc najuboższym, ale bała się o tym mówić, żeby nie drażnić hufców Leszka Balcerowicza. A wcześniej tragicznie uśmieciowiła polski rynek pracy i do dziś głośno opowiada o „uelastycznieniu” i przede wszystkim nieodłącznie kojarzy się ze słynną frazą PBK: „trzeba zmienić pracę i wziąć kredyt”.

Podobnie absurdalne jak nadzieje na pożywienie się kosztem lewicy są oczywiście obawy części liberałów, że lewica gotowa jest skumać się z Prawem i Sprawiedliwością. PO i Nowoczesna sporo łączy z rynkową częścią PiS, czego żywymi dowodami są krążący między PO a PiS migranci – Michał Kamiński i Jarosław Gowin. Ale też Mateusz Morawiecki doradzał Donaldowi Tuskowi, a Jarosław Gowin jeszcze jako minister w rządzie Szydło składał hołdy Leszkowi Balcerowiczowi, który jest ojcem chrzestnym Nowoczesnej. Nie jest też przypadkiem, że PiS tak często sięga po rozwiązania (np. w sprawie inwigilacji), które przygotowała PO. Trudno natomiast znaleźć jakiekolwiek kadrowo-polityczne styki między nową lewicą a PiS. W tym przypadku różnica nie jest polityczna ani programowa, ale tożsamościowa.

Oczywiście nie można sobie wyobrazić działacza ani tym bardziej żadnego obecnego wyborcy żadnej z nowo lewicowych partii wspierającego wyznawców Ojca Dyrektora, akceptującego tzw. marsze niepodległości albo flirtującego z Orbánem, którego PO i Balcerowicz jeszcze całkiem niedawno mieli przecież za druha. Tym bardziej nie można sobie wyobrazić, by ci, którym pasują nowo lewicowe klimaty – czyli ateiści, rowerzyści, weganie – zapałali miłością do zamordyzmu w stylu Ziobry, Macierewicza czy Jacka Kurskiego. A PO, która współtworzyła kiedyś IV RP, nigdy nie pożegnała się z tęsknotą za „szarpaniem cuglami”. I stworzyła lub sprawując władzę, zachowała z lat 2005-2007 dużą część prawnej infrastruktury „szarpania” służącej państwu PiS. Wymierający szybko wyborcy Leszka Millera i jego SLD mogliby się pewnie częściowo w pisowskich klimatach odnaleźć. Ale wyborcy Zandberga i Nowackiej w żadnym razie. To po prostu się w pale nie mieści. I nigdy się nie zmieści.

Tylko jedno pozornie łączy PiS z młodą lewicą – empatia. PiS stara się stać na czele ludowej, populistycznej rewolty, a częściowo też z niej się wywodzi. Jej istotą nie jest jednak zmiana ekonomicznego czy politycznego porządku, lecz – jak to ujmuje Jarosław Kaczyński – „redystrybucja prestiżu”. Główne roszczenie tego ruchu jest w istocie heglowskie. Chodzi o uznanie. Albo – jak to ujmuje FIFA – o respekt. Dla jednych jego wyrazem jest sprawowanie władzy, która w pisowskim wydaniu jest majestatyczna, bo ma być właśnie nośnikiem respektu – dla tych, którzy ją sprawują, i tych, których oni reprezentują. Dla innych wyrazem uznania jest rehabilitacja swojskości z jej prostym katolicyzmem, nacjonalizmem, chłopskim tradycjonalizmem. Dla jeszcze innych może to być 500 złotych – publiczny wyraz szacunku dla prywatnych wysiłków na rzecz rodziny, która stoi na szczycie hierarchii wartości większości społeczeństwa.

Tak czy inaczej pisowska rewolta ma charakter redystrybucyjny. W istocie oznacza to tylko masową zamianę ról. Wyniesieni mają być poniżeni, a poniżeni mają być podniesieni. Mechanizm polityczny i ekonomiczny pozostaje zasadniczo ten sam, choć ma być zradykalizowany. Inwigilacja, dług publiczny, erozja praw obywatelskich, nepotyzm, niereprezentatywność władzy, eurosceptycyzm – to wszystko było w wydaniu PO i innych balcerowiczowskich formacji, a teraz jest lub ma być dużo bardziej w wydaniu pisowskim.

Pod bardzo wieloma względami PiS pędzi błyskawicznie w tym właśnie kierunku, w którym PO leniwie, dyskretnie i ostrożnie dreptała. Może też idzie dalej, ale tego nie wiemy, bo to oczywiście zależy, jak długo i w jakim międzynarodowym otoczeniu PO by rządziła. Kluczowe jest jednak to, że – jak to często bywa u schyłku ideologicznych lub cywilizacyjnych cykli – PiS (podobnie jak wcześniej amerykańscy neokonserwatyści z G.W. Bushem na czele) próbuje uratować istniejący porządek, radykalizując go zgodnie ze stalinowską zasadą, że „walka klasowa nasila się w miarę budowy socjalizmu”.

Projekty nowo lewicowe są inne. W różnym stopniu, ale jednak wyraźnie, stanowią próbę zmiany paradygmatu. PO i Nowoczesna zdają się zakładać, że PiS się wyszaleje i padnie, a potem – choć sporo zostanie popsute – wszystko wróci do normy. Jest to oczywisty absurd. Nie tylko dlatego, że – jak wiadomo od starożytności – nie da się wejść dwa razy do tej samej rzeki. Nie chodzi o to, że w rzece stara woda nieustannie odpływa, a nowa przypływa. Problem całego Zachodu polega dziś na tym, że rzeka starej i nowej wody przelewa się do jakiegoś innego koryta. Nikt jeszcze nie wie, gdzie ona sobie to nowe koryto znajdzie. Ale coraz gwałtowniej go szuka przez kolejne powodzie, czyli nawrotowe i różnorodne kryzysy. Nowo lewicowa oferta próbuje odnieść się do świata, jaki wyłoni się po wielkiej powodzi, która może okazać się potopem. Coraz mniej poważnych osób na świecie wątpi już, że taki potop będzie, a wiele sądzi nawet, że już trwa.

Nowa lewica odpowiada na bardzo podobne potrzeby co projekt pisowski, ale nie przez roszady wyniesionych i poniżonych, nie przez przepędzanie dotychczas upośledzonych na rajską stronę muru i wypędzanie do piekła tych, którzy byli w raju, lecz przez likwidację murów lub – jak chce papież Franciszek – przez zastąpienie murów mostami.

Z faktu, że nie wiemy, gdzie rzeka historii znajdzie sobie nowe koryto, nie wynika, że nie znamy alternatywy. Ona już się dość wyraźnie rysuje. Spektrum ewentualnego wyboru dobrze pokazują wybory w USA, gdzie – podobnie jak w Polsce – reprezentująca dotychczasowy establishment propozycja kontynuacji z drobnymi korektami (Hillary Clinton) musi bronić status quo przed dwoma nowymi projektami – Trumpa i Sandersa. Trump to z grubsza PisoKukiz, Clinton to PONowoczesna, a Sanders to nowa lewica, czyli ZandbergoNowacka. Sondaże pokazują, że Donald Trump miałby szansę wygrać wybory prezydenckie, gdyby prawybory Demokratów wygrała pani Clinton. Natomiast gdyby Demokraci wystawili Sandersa, to on zostałby następnym prezydentem USA.

Oczywiście – sondaże to sondaże, Polska to nie Ameryka itd., ale jednak – zwłaszcza dla Polaków i Polski – Ameryka jest ważnym trendseterem i warto patrzeć, co się w amerykańskiej polityce wyprawia, bo wielokrotnie była to zapowiedź tego, co nas czeka. Teraz lekcja jest prosta. Liberalny establishment ma zbyt silny elektorat negatywny, by pokonać prawicowy populizm o autorytarnych skłonnościach. Rozmiary negatywnego elektoratu nie wynikają z jakichś popełnionych błędów, ale z natury projektu liberalnego, który przecenia samodzielność jednostek, a nie docenia potrzeb wspólnotowych. Zaspokojenie ich możliwe jest na dwa sposoby.

Można – jak w łączącym PO i PiS projekcie IV RP – wzmacniać wspólnotę budowaną przez państwo-naród, z jego twardą ręką, unifikacją, kontrolą i represjonowaniem inności etc. Taki z grubsza był projekt neokonserwatywny i co do istoty podobna, choć jeszcze bardziej populistyczna, jest oferta Trumpa, Kaczyńskiego, Orbána, Kukiza, Putina etc.

Alternatywą jest wspólnota oferowana przez lewicową wizję społeczeństwa, w której miejsce państwowej pomocy i państwowego nadzoru represjonującego odmieńców zajmuje społeczna wspólnota. Niektóre objawy mogą być podobne, bo wspólnota posługuje się państwem (np. podatkami) dla realizacji niektórych swoich celów, ale istota jest fundamentalnie inna. Zasadnicza – widoczna gołym okiem różnica – dotyczy praw obywatelskich oraz mechanizmu regulacji i włączania do wspólnoty. W warunkach amerykańskich podział jest bardzo czytelny. Kluczowym mechanizmem jest dla Trumpa (wcześniej dla neokonserwatystów) państwowa kontrola, dla Clinton (liberałów) przymus ekonomiczny, dla Sandersa (socjalizującej lewicy) więź społeczna.

Skoro liberałowie nie są w stanie pokonać populistycznej, autorytaryzującej prawicy, skazani są na wybór między lewicą a prawicą. W Polsce z wielu względów zwąchiwali się dotychczas raczej z tradycjonalistycznymi populistami o autorytarnych skłonnościach. Rząd Buzka-Balcerowicza, który politycznie reanimował Lecha Kaczyńskiego i w którym zaczęła się kariera Zbigniewa Ziobry, był bliskim ideału wcieleniem tej tendencji, która zaczęła marsz prawicowych populistów do dzisiejszej politycznej pełni. Kaczyński nie spadł wtedy z nieba. Wraz z bratem mieli już za sobą niejedną kampanię nienawiści. Liberałowie (Buzek, Balcerowicz etc.) dobrze wiedzieli, po jakie siły sięgają i czym ryzykują. Ale woleli to niż kumać się z lewicą. Podobnie było przy projekcie IV RP i przy budowaniu sojuszu neoliberałów i neokonserwtystów z chrześcijańską prawicą w USA.

Ten sojusz, który przez ostatnie dekady miał decydujący wpływ na losy Zachodu, doprowadził do groźnego wzmocnienia populistycznej prawicy o autorytarnych skłonnościach. Czasem ma ona gospodarczo bardziej rynkowe podejście (jak Gowin czy Trump), a czasem bardziej etatystyczne (jak Kaczyński, Putin, Le Pen czy Ziobro). Dla liberałów istotne jest to, że w każdym przypadku czynnik autorytarny się radykalizuje. Nawet dla tych liberałów, których liberalizm odnosi się głównie do czystej ekonomii, jest to już dziś zasadnicza przeszkoda, bo autorytarne podejście niesie gospodarczą niepewność.

To wszystko sprawia, że liberałowie mają dziś do wyboru trzy drogi. Mogą trwać na dotychczasowych pozycjach i przez lata pozostać okupującą centrum silną opozycją, kiedy tradycjonalistyczni populiści o autorytarnych skłonnościach będą zmieniali świat i świadomość ludzi. Mogą też szukać powrotu do sojuszu z autorytarnymi tradycjonalistami. Jeśli jednak chcą obronić liberalną demokrację przed falą niesionej przez populistów demokracji nieliberalnej, elektoralnej, totalnej – muszą pokochać lewicę posiadającą brakujący w liberalnej narracji, a teraz krytycznie ważny element – empatię, narrację wspólnotową i wizję świata, w którym wspólnota nie jest zagrożeniem dla wolności jednostki. Nie mówi jej, jaka ma być, lecz ją wspiera.

Romans z lewicą, do którego liberałów zachęcam, wymaga kompromisów w myśleniu o gospodarce. Na przykład zgody na wyższe podatki dla bogatych i firm, silniejszą rolę związków zawodowych itp. Ale może warto oddać więcej związkom, by mniej oddać tajnym służbom i prokuraturze? Może warto zapłacić wyższymi podatkami, by obronić rządy prawa i demokrację?

Taki jest z grubsza rachunek, przed którym stoją liberałowie w mocno rynkowych demokracjach – jak polska czy amerykańska. Krótko mówiąc, wybór liberałów jest prosty: Zandberg albo Ziobro. Nowacka albo Macierewicz. Co kto woli.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 30

Dodaj komentarz »
  1. Romans liberałów z lewicą jest niemożliwy, jako że liberałowie są z definicji za kapitałem, a lewica za pracą, wyzyskiwaną przez kapitał. Nie ma tu więc miejsca na kompromisy – także w w myśleniu o gospodarce a więc nie ma też mowy o tym, aby liberałowie zgodzili się na wyższe podatki dla bogatych i firm, silniejszą rolę związków zawodowych itp., czyli aby oddać więcej związkom, by mniej oddać tajnym służbom i prokuraturze, jako że liberałowie są przecież z definicji zwolennikami państwa strzegącego interesów kapitału, a więc państwa, w którym tajne służby i prokuratura są niezbędne, aby utrzymać kontrolę garstki kapitalistów nad masami ludzi pracy. Oczywiście, liberałowie zgodzą się na wyższe podatki aby obronić rządy kapitału, które przecież nic nie mają wspólnego z rządami prawa i demokracją. Poza tym, to przypominam, że liberałowie z partii pana Petru są za likwidacją związków zawodowych, a więc nie mają oni żadnego punktu stycznego z lewicą, a wiele ze skrajną prawicą.

  2. Liberał to liberał, a nie żadna lewica, jak PiS czy „Razem”. PiS to partia typowo lewicowa, o zapędach totalitarnych, udająca narodowo-katolicką.

  3. Jestem pod wrażeniem dzisiejszej rozmowy w Poranku TOK.FM Redaktora z prof Zielonką z Oxford.Z konkluzją Zielonki,że dla rozwiązania konfliktu , dominujących post styropianowych stron, wyniszczającego bezpardonowo tzw „Niepodległą”,konieczne jest zidentyfikowanie powodów tego konfliktu :politycznych,ekonomicznych czy charakterologicznych czyli psychologicznych.Ze szczególną analizą tych ostatnich.
    W tym zidentyfikowaniu nie jest zainteresowana żadna ze stron konfliktu.

    Tzw maskirowka „liberalna” czy ,z drugiej strony, „narodowa” skrywa wyłącznie chciejstwo władzy z dążeniem do urządzenia RP {mniejsza o numerek} wedle własnych interesów.Nie ma tu miejsca dla identyfikacji tych interesów.A było by interesująco.

    Przy takim oglądzie PiS nie musi wybierac sojusznictwa a PO czyli liberałowie nie będą wybierac ani Z ani Z ani N ani M.
    Sojusz PiS z KK jest nie do podważenia (Schetyna majaczy) a z PO nikt już się nie zwiąże .
    Nowoczesne Nowoczesna i Razem mogą znależc kompromis tylko na gruzach RP {mniejsza o numerek}
    CDBA

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. „klasyczne spuszczanie łomotu żonie przez męża, którego zrugał szef” – Panie Redaktorze, naprawdę? klasyczne? może tradycyjne? nie spodziewałem się po Panu takiego stylu

  6. My bezpartyjni mamy prościej. Możemy chrzanić to wszystko i te partyjne wojenki. Praw wyborczych i tak nie mamy (brak prawa do kandydowania i wybierania bezpartyjnych) więc w bijatyki partyjnej hołoty ani nie możemy, ani nie chcemy się wtrącać.

  7. Jednym z dogmatów neoliberałów jest „tricle down theory” czyli obniżanie podatków bogatym którzy, rzekomo z braku lepszych pomysłów co robić z ekstra gotówką, będą inwestować i przez to tworzyć miejsca pracy dla biedaków.
    Co ściekło biedakom w okresie kilku dziesiątek lat stosowania tejże teorii w USA wszyscy zainteresowani wiedzą, mogę tylko nadmienić że ładnie to nie pachnie.
    Neoliberałowie są też bardzo przeciwni jakimkolwiek ograniczeniom działalności gospodarczej włączając w to związki zawodowe i jakiekolwiek regulacje jak n.p. ochrony środowiska.
    Wobec powyższego mariaż neoliberałów z lewicą jest mało prawdopodobny.

  8. Ostatni sondaż: Zandberg 3%, Nowacka 0% Wybór liberałów jest może niezbyt satysfakcjonujący, ale za to bardzo prosty: Schetyna (17%) albo Petru (22%).

  9. Socjalizm – słowo wyklęte , dawniej brzmiało dumnie. Czas je odrestaurować. Mam wrażenie ,że . Ci z Razem też się go boją . A Pan , Panie Redaktorze jest socjalistą, czy nieco bardziej mglisto socjaldemokratą?

  10. Ze liberalowie maja powazne problemy (na calym swiecie) to sie zgadzam. Ich podstawowe problemy sa juz dyskutowane od kilku lat przez fachowcow i zaczynaja sie przebijac do opini publicznej. N.p., ze gospodarczo i spolecznie postawili na neoliberalna gospodarke i calego czlowieka zredukowali do pokracznego homo eoconomicus. A przy rozwiazywaniu konfliktow postawili na strategie konfrontacyjne (the winner takes it all). Na dodatek z teorie zrobili ideologie, ktorej nawet praktyczne niepowodzenia nie mialy prawa obalic. To wszystlo bylo (niestety) praktykowane na calym Zachodzie i w nowych demokracjach i przysporzyło wszystkim demokracjom ich dzisiejsze problemy.

    Ale w moim mniemaniu liberalowie nie musza przejmować jakiś (jeszcze nieznanych) lewicowych czy socialdemokratycznych rozwiazan. Wystarczyloby, aby uwzglednili bardziej skomplikowany model czlowieka i rozszezyli swój repertual rozwiazywania konfliktow o strategie kooperacyjne (win-win). A w teorie gier jest ich tyle, ze wystarczy i dla lewicowych i dla liberalow i dla socialdemokratow. Extremalna prawica (w tym PiS) nie jest zainteresowana takimi kooperacyjnymi strategiami (no chyba, ze chwilowo przeciwko komus, w mysl zasady „wrog mojego wroga jest moim przyjacielem”).

    Jak juz Pan redaktor zauwazyl, to w empatii i w kooperacji lezy szansa nowej narracji. W moim mniemaniu moga ja realizowac rowniez liberalowie. Ale to by oznaczalo dla liberalow pozegnanie sie z ideologia, z „Chicago boys „, z Balcerowiczem i z wiernoscia do nich az do (wlasnej) smierci 😉 No i w tym jest szkopul…

  11. Jakże ja się cieszę, że Pan istnieje.

  12. Liberałowie też mają prawo do liberalnej politycznej reprezentacji. Nie muszą realizować postulatów lewicy tylko dlatego, że ona sama nie daje rady. Ogarnijcie się, lewicowcy, a po wyborach można ewentualnie porozmawiać o koalicji.

  13. W zyciu!!!

  14. Panie Żakowski, Polski nie stać na welfare state i jeszcze długo stać nie będzie. Podnoszenie podatków to droga donikąd. Za mało jest w tym kraju ludzi dobrze zarabiających, więc nie ma właściwie od kogo ściągać. Kilkanaście tysięcy złotych zarabia zaledwie kilkanaście tysięcy ludzi! Państwo i jego administracja są słabe, więc niezdolne ani do efektywnego poboru podatków, ani do prowadzenia skutecznej redystrybucji. Każda kolejna władza osłabia aparat urzędniczy. Poza tym społeczeństwo jest nazbyt indywidualistyczne, żeby przekonało się do solidaryzmu oraz nazbyt kombinatorskie, żeby nie nadużywało hojności państwa. Etyka pracy leży nad Wisłą, wielu o emeryturze, najlepiej już po pięćdziesiątce. Z Polakami naprawdę niewiele można wspólnie zrobić.

  15. co do artykułu z „Polityki” to przyznam że zacząłem się zastanawiać czy jest to niekompetencja pani redaktor czy celowa manipulacja, zwłaszcza w przypadku partii Razem której aktywność na portalach społecznościowych śledzę czasami, a tutaj ich poglądy zostały w sposób który można nazwać wpieraniem komuś w brzuch cudzego dziecka. A potem redaktorzy polityki dziwią się, że zyskują popularność ludzie w rodzaju Kukiza krzyczący o tym, że media są nierzetelne

  16. Słucham lewicy, posłuchałam i poczytałam na TT p. Petru i jestem spokojna: dłuuuugo ich nie będzie. I dobrze.

  17. Uważałabym ze słowem „lewicowy”. Po ’89 wygrała narracja prawicowa, kościelna i leseferystyczna, która „lewicy” przyprawiła gębę zamordyzmu, nihilizmu i upadku gospodarczego. Osobiście w Polsce używam słowa „progresywny”, bo jest znacznie bardziej skuteczne. Ma lepszą prasę 😉

  18. Partia Razem sama się anihiluje. Stowarzyszenie ‚Inicjatywa Polska’ (kto wymyślił tą nazwę?) na razie nie ma elektoratu, nawet nie jest partią. Sondaże 3 lata przed wyborami nie mają znaczenia. Lewica nie tyle ‚skumała się z Prawem i Sprawiedliwością’, co część lewicy (Miller, Razem) wchodzi w retorykę PiSu i staje się bezinteresownymi pożytecznymi idiotami. Ale to wyłącznie ich problem. Przypominam też Krystiana Legierskiego, który popierał kandydaturę Dudy. Mam nadzieję, że jest dumny z działań Prezydenta. A Rozenek z Guziałem organizowali pisowskie referendum w Warszawie i w Elblągu (to drugie z sukcesem). To część lewicy nie chce współpracy z liberalizmem, uznając go za większe zło od autorytaryzmu (Razem). Reszta (Nowacka, Bielik-Robson) współpracuje i dlatego jest zwalczana na lewicy. To lewica ma problem i się podzieliła na 2 części. Autorytarną i demokratyczną. Zandberg i Nowacka mniej się kochają niż Tusk z Kaczyńskim. Proszę sobie poczytać opinie i komentarze na portalu Krytyki Politycznej. Tam odchodzi regularna wojna między dwoma ‚młodymi lewicami’.

    Cały wywód o ‚paradygmatach’ jest pustosłowiem. Zero faktów.

    PS. Orban jest dużo bardziej pragmatyczny i odpowiedzialny od Kaczyńskiego, co nie znaczy, że mamy go popierać (gdzie Balcerowicz chwalił Orbana, jeśli można spytać?).

    PS 2. Trump może wygrać zarówno z Clinton, jak i Sandersem. Z Sandersem wygra na pewno. Te analogie z Ameryką są w ogóle słabe. Trump bardziej udaje oszołoma niż nim jest.

    PS 3. Balcerowicz nie ma nic wspólnego z Kaczyńskim w rządzie Buzka. Buzek wziął Kaczyńskiego, gdy wywalił Balcerowicza w czerwcu 2000.

  19. To jakis szok w tej Polityce – moje komentarze z mniej wiecej takimi tresciami czestokroc przepadaly w cenzu…pardon moderacji Polityki a tu cos takiego.
    Peanie Redaktorze respect: wielokroc ostrzegal Pan co bylo kwitowane ,,gledzenie starego lewackiego prochna” . To wlasnie sa przyczyny sukcesu PiSu a nie jakis prawacki amok. Nie wiara w trotyl, nie marzenie o calkowitym zakazie aborcji ale marzenie o ,,godziwej pracy i placy”. Nasi liberalowie wykreowali swiat niegodziwego wyzysku nowiac ,,inaczej sie nie da no bo jest NAM ok. ” Symbolem tego sa zarzady OFE – niezaleznie czy klienci tracili czy zyskiwali to oni zawsze wychodzili na swoje. Bylo czego bronic.
    Dzis ci ktorym PBK udzielil swej niefrasobliwej porady biora zemste. ,,Nie maja chleba niechze wiiec jedza ciastka” ktos kiedys udzielil rownie niefrasobliwej porady – sama stracila glowe a ny wyciszyc burze z tym zwiazane trzeba bylo 25 lat rzezi

  20. Trzymam kciuki za Nowacką, mam nadzieję, że uda jej się stworzyć formację z prawdziwego zdarzenia, bez oddechu „bardziej doświadczonych kolegów” na plecach, bo choć nie podzielam zdecydowanej awersji „Razem” do każdego, kto czynnie uczestniczył w życiu publicznym w ostatnich 20 latach, wolałabym partię bez panów Millera i Czarzastego. Problemem może jednak okazać się nie tyle niechęć liberałów do współpracy z lewicą (bo wydaje mi się, że z ludźmi pokroju Nowackiej liberałowie współpracować będą, zwłaszcza, gdyby w PO więcej było Much i Trzaskowskich), ale z młodą lewicą z „Razem”, która odcina się od innych, nawet pokrewnych środowisk. Zostawiając na moment debatę nad programem i biorąc pod uwagę wypowiedzi i zachowanie jej przedstawicieli (staram się śledzić na bieżąco) nie widzę na razie szans na współpracę tej partii z innymi (poza OPPZZ, które z kolei mnie nie najlepiej się kojarzy).

  21. Panie Żakowski,

    Dziś obejrzałem program TVP Info sprzed kilku dni, w którym zarzuca Pan Rafałowi Ziemkiewiczowi, że był tchórzem w latach 80tych.

    W latach 1982-1989 kierowałem podziemnymi wydawnictwami STOP i Książnica Literacka. Wydaliśmy 37 książek w łącznym nakładzie ok. 100,000 egzemplarzy. Pragnę Pana poinformować, że do mojego aresztowania 12 marca 1985 roku Rafał Ziemkiewicz kolportował książki mojego wydawnictwa na polonistyce, gdzie studiował. Współpracę ze mną podjął mając 19 lat.

    Zachował się Pan niegodnie i mam nadzieję, że stać Pana na przeprosiny.

    Marek Kamiński
    Irvine, Kalifornia

  22. Panie Jacku
    Jestem wymarłym przedstawicielem elektoratu Leszka Milera. Mam problem ponieważ nie widzę różnicy między LM a Panem Czarzastym, Pan Zandberg twierdzi wszem i wobec że z nikim nie będzie wchodził w żadne sojusze natomiast o „Inicjatywie Polskiej” Pani Nowackiej dowiedziałem się teraz od Pana – brak przekazu. Poza tym jest jeszcze jeden moim zdaniem bardzo istotny element który znichęca potencjalnych wyborców lewicy. Jest nim politycznie rozgrywany problem uchodźców i z tego powodu część społeczeństwa ma wątpliwości, przyznam że ja także. Co prawda daleki jestem od podpisania się pod petycją Kukiza ale coś jest na rzeczy.
    Pozdrawiam
    Andzrej Makowski

  23. W zasadzie, zgadzam się z przedstawioną w tekście oceną, lecz ustawianie rodziny jako najwyższej, niepodważalnej wartości uważam za błędne. Małżeństwo jest jedną z najistotniejszych instytucji patriarchalnych, atomizującą społeczeństwo, przez co ułatwiającą nim rządzenie.

    Owa powódź, o której autor pisze, to, właśnie, przejaw zawalania się anachronicznego, blokującego optymalny rozwój i samorealizację większości społeczeństwa, systemu patriarchalnego. Zdobądźmy się wreszcie na pełną otwartość i budowę racjonalnego systemu wartości, ukierunkowanego na rozwój i współdziałanie, pozbawionego paradygmatów z minionej epoki.

  24. Nie myślałem, że w Polityce będę mógł przeczytać takie felietony. Że o przyszłości Polski nie tylko ludzie z PIS/PO/Nowoczesnej powinni decydować… Pozdrawiam Pana, Tomasz R. Chilliński

  25. Jeśli mowa o ‚zmianie paradygmatów’. Jedyną poważną zmianą w skali całego zachodu jest zmiana demografii, która uniemożliwia istnienie państwa socjalnego w XX wiecznym znaczeniu, z państwowymi emeryturami utrzymywanymi przez młodych pracujących. Do tej zmiany faktycznej polityka musi się dostosować przez stopniową likwidację państwowych emerytur. A do polityki dostosują się na końcu ideologie i to będzie można nazwać ‚zmianą paradygmatu’, tyle ‚paradygmat’ jest tu na końcu zmian, a nie na początku. Świadomość jest spóźniona wobec faktów.

  26. Fizyk Mały
    Tyle, że obecna, kurcząca się od lat, gospodarka Zachodu przypomina najbardziej grę o sumie ujemnej a w najlepszym wypadku zerowej, a przecież w takich grach to ich reguły są zupełnie inne niż w sugerowanej przez ciebie grze o sumie dodatniej (czyli w rozwijającej się gospodarce). Polecam ci, jakże wciąż aktualną, książkę prof. L. Thurowa „The Zero-Sum Society: Distribution and the possibilities for economic change” (1980). Otóż tam jest wyjaśnione, że obecnie, w warunkach recesji, która rozpoczęła się w latach 1970tych i trwa nadal a końca jej nie widać, gospodarka jest w dużej mierze grą o sumie zerowej, a więc aby jeden zyskał, to drugi musi stracić. A więc aby imigrant został zatrudniony w Polsce, to Polak musi w niej stracić pracę.

  27. T100
    Nie rozumiesz, ze welfare state jest najlepsza polisą ubezpieczeniową dla bogaczy, że bez tej polisy, to stracą oni niebawem wszystko – nie tytko swoje majątki, ale nawet i swoje życie?

  28. Panie Redaktorze,

    Fajnie sie to czyta ale niestety w warunkach polskich nic takiego sie nie zdarzy. Najwazniejsze to odsunac od wladzy PIS a dokonac tego tylko moze wersja PIS light. Polskie spoleczenstwo nigdy nie zaglosuje w wiekszosci na hybryde PO-lewica lub podobne.
    Znowu trzeba doswiadczyc rzadow PIS zeby ta czesc spoleczensta ktora jest jeszcze myslaca i nie rzuca sie tylko na 500+ zrozumiala czym PIS pachnie. Tak jak to bylo w roku 2007.
    Przykre to ale trzeba otworzyc oczy i przestac ludzi mamic iluzja ze Polacy glosuja na programy. Polacy glosuja na ludzi ktorzy w nawiekszym stopniu przypominaja im ich samych. Polska jest kaotlicka, zascianankowa i narodowa. I albo ludzie maja wybor miedzy PIS (katolickosc, narodowosc i zasciankowosc i ZAMORDYZM) albo wersje PIS bez ZAMORDYZMU (PO kiedyc)
    Widze to z tym wieksza ostroscia ze od ponad 10 lat mieszkam za granica.
    Pozdrawiam

  29. Panie Redaktorze,

    jak na rygory blogowe prawie doskonały (analityczny i miejscami dowcipny) tekst.

    Dla jego uzupełnienia miałem ochotę wskazać na trujący tysiącletni wpływ oddziaływania na Polaków skuteczne wpajanej pedagogiki katolickiej.

    W końcu poprzestałem jedynie na dwóch krótkich wpisach na blogu Ateisty.

  30. Do Pana Marka Kamińskiego

    Mam do Pana pytanie, ponieważ kilka dni temu p. Rafał Ziemkiewicz na Facebooku podał, że Pański komentarz do tego wpisu został usunięty, a ja cały czas go tu widzę.
    Może Pan to wyjaśnić?

  31. http://nua-press.tumblr.com/post/140803849516/dlaczego-bielik-robson-zezuje-na-lewo

    „Dlaczego Bielik-Robson zezuje na lewo”

    Tytuł w Gazecie Świątecznej z 20go lutego „Dlaczego Razem zezuje na prawo?” ma pewną zaletę: publicystyczność. Jest chwytliwy i daje do myślenia. Zastanówmy się: jeśli ktoś zezuje na prawo, to znaczy, że patrzy w prawo, czy właśnie, że nie patrzy? A może tylko, ukradkiem, spogląda? Taktycznie zerka? kontrolując flankę, sterując jednocześnie w obranym kierunku? Albo próbuje patrzeć (albo nie patrzeć), ale – ze względu na upośledzenie, czy nieumiejętność, a być może zniesmaczenie – to się jednak nie udaje? Trudno powiedzieć.

    Niemniej jednak dla zorientowanych analitycznie, a nie cynicznie, pozycja Razem jest dość czytelna: chodzi o umożliwienie innej polityki. Nic dzisiaj prostszego, niż zlać się z KODem i, tkwiąc w samozadowoleniu, pogłębiać stare podziały. Albo w nie popadać, gdyż są one tyleż strukturalne, co dynamiczne. Dlatego znacznie trudniej zatrzymać się na chwilę i przemyśleć, skąd obecny kryzys demokracji – materialny, nie formalny – czerpie swoje źródła. Z całą sympatią, KOD powinien zostać zdekodowany. Musi stać się bowiem jasne, czy w owo szlachetne oburzenie nie wpisane są również mechanizmy, które  autokratyzują Unię Europejską, które nakręcają przeciwników Polski Liberalnej i które dały władzę PiSowi. Razem, zajmując pozycję analityka, pełni najlepszą rolę diagnostyczną, a zarazem otwiera i organizuję drogę konkretnych przemian. Poza horyzontem rzeczników Komitetu Obrony Demokracji potrzebna nam jest nam więc Demokratyczno-Ekonomiczna Krytyka Organizująca Demokrację Egalitarną Razem. DEKODER.

    Każda formująca się podmiotowość musi zacząć od pytania „co ja konkretnie mogę przynieść do wspólnego stołu?”. Tak jak w Chrystusowej przypowieści o wdowim groszu, wkład może być ograniczony, lecz prawdziwie substancjalny. Odmowa owczego pędu jest właśnie tą cnotą, którą lewica wnosi dziś do Europy. Lewica, zauważmy, nie socjaldemokracja. W czasach Blaira polityka socjaldemokracji polegała na odcinaniu kuponów od lewarowania w londyńskim City. Sektor finansowy pompował bańkę toksycznymi kredytami, a za ochłapy z ich stołu państwo budowało szpitale. Doprowadziło to oczywiście do sparaliżowania zmysłu krytycznego na lewicy liberalnej, do trwającego do dzisiaj kryzysu z 2008go i do największego zasiłku w historii ludzkości – „danego” przez podatników dysfunkcyjnym bankom – a także do znaczącej utraty wiarygodności kategorii „socjaldemokrata”. Przypominają się kredyty wojenne poparte przez socjaldemokrację przed I Wojną Światową.

    Razem zaczyna od pracy u podstaw, budując nowy wzór zachowań i nowy język, nieistniejący dotąd w polskiej debacie parlamentarnej, a wzrastający z lewicowego dorobku i lewicowej wrażliwości. Jest to dorobek krytycznego myślenia, przede wszystkim – autokrytycznego; doświadczonego autokracją, tak cudzą, jak własną. Dorobek, który kazał Kuroniowi walczyć z PRLem. W efekcie, Razem kwestionuje dyskurs obowiązujący w Polsce do tej pory i wciąż uparcie lewicy narzucany – na przykład dychotomią „lewica liberalna”/”lewica socjalna”. Albo „prawdziwa” (w cudzysłowie, jak zastrzegła autorka w wywiadzie dla TOK FM). Tudzież „młoda”. Razem jest lewicą. To znaczy, lewicą. A jaka wynika z tego treść, elementarna intelektualna uczciwość zabrania rozważać ahistorycznie. Z samej definicji bowiem lewica jest historyczna, postępowa, dialektyczna, wzrastająca z żywego, opresjonowanego ciała. Jest do przodu. O czym lewica myśli dziś, liberałowie, budząc się z ręką w nocniku, dowiedzą się pojutrze; a konserwatyści dopiero w następnym pokoleniu (i wtedy to będzie dla nich dorobek ojców).

    Jeśli demokracja liberalna jest fetyszem, stawianym przez jej adwokatów poza autentyczną krytyką (to jest krytyką, która może wykształcić coś bardziej na miarę czasów, niż neoliberalizm), PiS jest jej symptomem. Odpadki, które produkujemy konsumując, w końcu zatruwają środowisko. Mało poważnym jest jednak protestowanie przeciw własnym odpadkom. Im bardziej nieprawica będzie występować przeciwko ludowi, tym wyżej jej formacja będzie odlatywać ku liberalnym utopiom, gdzie powietrze jest jak zysk – czysto liberalne. Bardziej poważny jest recykling, czyli polityka inkluzywna. W tym – uznanie siebie za produkt systemu. A najpoważniejsza jest profilaktyka. Zmiana trującego paradygmatu na przyjazny środowisku, zakładający zrównoważony rozwój i brak alergii na zbliżenie z ludem.

    Dla lepiej obytych z lewicowym milieu polska kategoria „nieprawicy” jest równie niejasna, co „zezowanie”. Liberalizm to w światowym słowniku właśnie prawica. Polityce progresywnej nie zależy na mydleniu ludziom oczu, nawiewaniu mgieł typu „centrum” (rodzące „peryferie”), „nieprawica” czy „trzecia droga”, ale o realną drugą opcję i uniwersalność. Pojęcie „nieprawica” ma do tego ten fatalny dialektyczny defekt, że zaraz na starcie ustawia jego adwokata w defensywie. Stajemy się obscenicznym cieniem swojego adwersarza. Odtąd można dookreślać się wyłącznie negatywnie, a już z Freuda wiemy, że nieświadomość nie zna negacji. Staramy się, szamoczemy, a symptomy wyłażą i wyłażą, wychodzi prawicowo i bardziej prawicowo, i jeszcze bardziej prawicowo. Skutki tego widzieliśmy, podziwiając miłosne tango PiSu z PO. Jasne było, że jedno potrzebuje drugiego, że obie formacje oznaczają się wzajemnie. Nadejście Nowoczesnej, która – będąc w komfortowej sytuacji nierządzących – mogła zaostrzyć język liberalnego populizmu, postawiło Schetynę w konieczności bełkotu, schizofrenicznego wydzierania języka raz to z jednej, raz z drugiej strony prawicowej giełdy. Widoczna tu formuła, sformułowany przez Franka Underwooda dylemat „władza czy pieniądze”, wciąż brnie sobie w najlepsze w paradygmat prawicowy.

    Wzrastając ze świata pojęć i aspiracji progresywnych, lewica jest zorientowana afirmatywnie. Cieszy się różnorodnością, inspiruje różnicą, rozwija świat, który odkrywa w optyce wzajemnego wspierania się, inwestycji w rozwój, mnożenia perspektyw i życiowej energii całości. Inkluzywny, z naukowym zacięciem i zdecydowanie rock&roll. My lewaczki cieszymy się kwiatkiem na równi z elektroniką, ekonomią na równi z polityką, pracą intelektualną na równi z fizyczną. Nie kupujemy produktu z metką „autentyczny”, tylko sami produkujemy. „Gender” to nie jest dla nas tylko performatywność po godzinach, ale kwestia samostanowienia w ogóle. Ciało społeczne, traktowane na lewicy po partnersku, staje się podmiotowością równie ważną, co indywidualne. We don’t just press „play”, we really play.

    Niestety, wokół jest pustynia, która rośnie. I biada temu, w kim się ona  kryje. To nie jest w żadnym wypadku zrównoważony rozwój, to jest zdecydowanie spirala dopingu. Przez całe lata cierpieliśmy hordę wypalonych, samotnych, nihilistycznych trzydziestolatków. Z gadżetami, bajerami, w medialnych selfie; w tańcu z gwiazdami, na wysokościach; – antropologiczna katastrofa skacząca po szczeblach hierarchicznych korporacji. Słuchaliśmy języka sukcesu, zadając sobie pytanie, kto po tym wszystkim będzie sprzątał. Przecież oni nie chcieli, ani nie umieli zejść na ziemię. A tuż za nimi, jak Gollum, podążali narodowcy. W odorze własnych wydzielin, taplający się w plemiennej kazirodczej kadzi, chcą mieć pod sobą lud zamieniony w ministrantów: pierwszej kategorii i na jedno kopyto. Toczony paranojami, w pułapce mentalności oblężonej twierdzy, rodzący sobie ciągle ciągłe stany zagrożenia… Duszno im; wciąż więc poszukują przestrzeni życiowej, marzoną na podobieństwo macierzystej stojącej kałuży. – I jeśli to karykatura, śmiech jest tutaj lewicowy.

    Jak zauważa sama autorka „Zezowania”, język transformacji nie był li tylko językiem transformacji, ale, konkretnie, językiem transformacji w kapitalizm. I rodził problemy, które lewica adresowała już w dziewiętnastym wieku. Oryginalność przemiany zainicjowanej w 89tym jest więc, koniec końców, żadna. To nawrót w mit dwudziestolecia, w to-już-było. W cykl kryzys-wojna-reforma. To neuroza zamieniona w system polityczny i reprodukująca nam się wszystkim w głowach: reklamą, sklepem, uniwersytetem, ekspertem. Polacy ulegli wtedy złudzeniu Ziemi Obiecanej. Forma owej trans-formacji była raczej dziecięcą foremką podaną nam przez Zachód, w którym desperacko pragnęliśmy widzieć dorosłego opiekuna. Plan Balcerowicza prymusowsko wyrecytował zwyczajową rotę IMFu, balkony zakwitły talerzami anten satelitarnych, a w wymarzonych restauracjach McDonald’sa Polacy dostąpili Pierwszej Komunii Liberalnej.

    Formacja intelektualna, która nam jej udzieliła, zaczęła od ogłoszenia końca historii. „Reforma” była jej copyrightem, jej nowomową, niezbędnym ideologicznym gwoździem i analogonem hasła „socjalizm tak, wypaczenia nie” (Stefana Kisielewskiego trawestacja „socjalizm nie, wypaczenia tak” doczeka się, przeżywając autora, inkarnacji w kryzysie z 2008go). „Konieczne są reformy” oznacza w ustach liberałów „władzy raz zdobytej nie oddamy nigdy”. Stąd, jeszcze kiedy byli w fazie lustra – gdy przeglądali się we wzorach z zachodniego filmu, przymierzając do biurowca i do muru wokół domu – już wtedy należało radykalnie urealnić społeczną perspektywę. I nawet nie dlatego, że ta liberalna doksa właśnie wtedy też zaczęła doprowadzać do PiSu. Choć oczywiście zakładała, nieświadomie czy świadomie, rozbudzenie nacjonalizmów. Trudno było się tej karty wyzbyć, generując zastępy społecznie upośledzonych, których zawsze łatwiej wygrywać, antagonizując między sobą. Odkrycie, że kapitał ma narodowość, jest więc zasadne – choć może zastępy Kaczyńskiego nie wiedzą jeszcze, jak to działa. Narodowość wysnuwa się z logiki własnej Kapitału i świetnie poddaje się jego instrumentalizacji.

    Gdy rozum śpi, budzi się egoizm.

    Wola transformacji w kapitalizm jest naszą duchową i intelektualną porażką, i nie dlatego, że PiS, ale dlatego, że PRL. Bo skąd właściwie ów Ludowy PR nam się wziął? Czyż nie w odpowiedzi na problemy generowane przez Kapitał? Banalizacja elit przy jednoczesnym spacyfikowaniu większości nierównością, odcięciem od wartości dodatkowej i zamianą pracy w siłę roboczą, doprowadza w końcu do autorytaryzmów i totalitaryzmów. Po meandrach historii, często w piórach i konfetti karnawału, ale nieuchronnie. A do przemiany w zamordyzm dochodzi po konwergencji systemów. W tym sensie, jeśli dać się mu rozbujać, PiS jest tylko PRLem-bis. (Tak samo jak niejasne procedury i brak demokratycznej weryfikacji upodabnia Eurogrupę do decydentów z Komunistycznej Partii Chin. Unia Europejska – tak, ale pod warunkiem Europejczyków u jej sterów, decydujących wspólnie o Europejczykach. A do tego potrzebne jest upodmiotowienie europejskiego społeczeństwa, a nie tylko europejskiej biurokracji). Gdzieś w przełomie 89go zagubił się Polakom zmysł krytyczny, uwierzyliśmy, że nowe elity będą różnić się od starych i oddaliśmy stery „prawom” rynku. Jak zaobserwował Walter Benjamin, za każdym przypływem faszyzmu stoi nieudana rewolucja. Pozwoliliśmy liberałom na reformy w imię PKB, liczby przesłoniły wartości, a teraz zdławiona Solidarność straszy nas PiSowskim zombie.

    Czy trzeba było odrabiać tę lekcję? Radykalna krytyka transformacji, wbrew tezie liberalnej, nie należała bezapelacyjnie do środowisk prawicowych. Dyskurs prawicowy nie jest krytyką transformacji kapitalistycznej, ale jej symptomem. Paradoksalnie, prawdziwa krytyka transformacji czekała na Polaków ugruntowana, rozwinięta przez społeczeństwo międzynarodowe, w tym Zachód i jego lewicę. Natychmiast zresztą podjęła ją, na przykład, polska sztuka krytyczna. Kiedy pierwsi polscy yuppies łykali „Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi?”, w Kowalni robiły wrażenie „Symulakry i symulacja” i pytanie „co dalej?”.

    Pieśń Doświadczenia i Pieśń Młodości. Zakładając, że doświadczenie nie znosi kabotyństwa, że trzeba je mieć z pierwszej ręki, ten argument Bielik-Robson można odwrócić i zwrócić jej do ponownego przemyślenia. Zachód to społeczeństwa ostrych podziałów społecznych, rodzących radykalizm. Lewica na Zachodzie była bardziej doświadczona urynkowieniem stosunków społecznych, trzeba było się wsłuchać, co ma w arsenale przeżyć – moglibyśmy się przynajmniej dowiedzieć, czym również my mieliśmy zostać doświadczeni. I myśląc o podziałach, musimy wkalkulować w to eksport wycenionej rynkowo siły roboczej z Trzeciego Świata do metropolii. Na przykład z Polski – ale też z chińskich fabryk – do Niemiec, naszego najważniejszego partnera. Moglibyśmy usłyszeć o pułapce średniego rozwoju i neokolonializmie. Ale też o eksporcie politycznej niestabilności z metropolii do Trzeciego Świata (patrz „Bliski Wschód”). O wszystkim, co zapakowano w hasła poziomu życia, jedności Zachodu i narodowej suwerenności.

    Zdaje się, że w 89tym mieliśmy lepsze podstawy, by być lewicowym, nie prawicowym. Bo u nas związek zawodowy(!) doprowadził do krótkiego spięcia w obwodzie, który reklamował się jako ideologiczny, a okazał się zwykłą organizacją władzy.

    Dziś Zachód znów zaczyna przypominać Związek Kawalerów Ostrogi z „Transatlantyku”, spiętych w kurczowym uścisku i dźgających się wzajemnie szpikulcem kryzysu. Ci, którzy kupili transformację w kapitalizm, nie znali z doświadczenia tej sadomasochistycznej pasji. Nie wiedzieli też, jaką to rodzi wewnętrzną pustkę, egoizm popijany intelektualną colą. I dzisiaj wielu ludzi, już kapitalizmem doświadczonych, zaczyna przeczuwać, o co chodziło w faszyzmie. Że chodziło o „jeszcze”. Że ci, którzy nic nie czuli, zostali zapewnieni, że dotąd nie było dość mocno. – Ale są też tacy, którzy zbliżyli się na krok od odkopania „Kapitału”. Marksa. Jego wglądu, że Kapitał jest, po pierwsze, nieekonomiczny. Bo nie jest zdolny do recyklizacji nadwyżek. W relacjach CEOs z wyrobnikami, w ujęciu globalnym. Z centrum do peryferii, w ujęciu europejskim. A w pojęciu polskim: z Zachodu na Wschód.

    Liberalna mentalność zdaje się albo konsumować, albo akumulować, gdy świat naokoło woła inwestycji. I jeśli dotąd dobrze nam się żyło na Zachodzie, to dlatego, że na nasz komfort zasuwały również filipińskie szwaczki i chińscy niewolnicy Apple’a; ustalone było, kto jest od inwencji oraz technologii, a kto jest od surowców i brudnej roboty; a producenci elektroniki doskonale kapitalizowali rzezie i gwałty w Kongo. Ciśnienia z Europy eksplodowały sobie gdzie indziej. Musimy łapać nawyk pytania „jak to działa?”, by postawić dobrze kwestię „co to znaczy?”.

    Dzisiaj pytamy o KOD i Konstytucję. Agata Bielik-Robson nie pyta już o diagnozę, ale o to, co robić – dopowiadając: „jak reformować?”. Pytanie cyniczne, jeśli je postawić w paradygmacie liberalnym. Agenci przekształceń w Polsce mieli na reformy 27 lat transformacji i ostatnie dwie kadencje rządów. Mieli wszystkie instrumenty, a wiadomo, że w warunkach liberalnych łatwiej jest posiadać instrumenty, niż się ich dorabiać. 27 lat – przy kompletnej absencji polityki lewicowej na poziomie parlamentarnym, przy wszystkich rynkowych gatekeeperach dyskursu. 27 lat wśród promotorów jednostronnej narracji, opowieści łamanej przez opowieść, a nie formuły dialogicznej, rozmowy na wszystkich poziomach społecznego konstruktu. Czas zejść z koropracyjnego drzewa i ewoluować. Bądźmy wspólnotą polityczną, a nie cyniczną.

    Gdy wśród lewicy na świecie przeważało poczucie, że paradygmat marksistowski nie zaspakaja potrzeb polityki lewicowej, wykształcono nowe pojęcia, nowe sposoby myślenia, przeformatowano dotychczasowy system operacyjny i zastąpiono przestarzały twardy dysk. Deleuze, na przykład, dostarczył kategorii kłącza i ogrodu, zaczęto tworzyć elektorat dla ogrodu i węzłowe okręgi wyborcze dla nowej polityki. Parafrazując tytuł filmu Hala Ashby – oni już tam byli. Formuła ogrodu, w przeciwieństwie do dotychczasowej doksy, jaką była umowa społeczna oraz figura klasy średniej (i prawnika jako antropologicznego ideału), pozwalała myśleć, na przykład, o tych elementach zjawiających się w ogrodzie, które może nie są z naszej bajki, ale które tym niemniej dokładają się do kompozycji. Tworząc często dramatyczną, a nie narracyjną – ale całość.

    Stawką kryzysu konstytucyjnego, w którym się dziś znaleźliśmy, jest uprzytomnienie sobie materialnych podstaw, które są racją bytu konstytucji, państw i trybunałów. Prawo, jeśli ma być prawem, ma w obowiązku służyć tym podstawom. Na poziomie indywidualnym jest to godność ludzka. Na poziomie wspólnoty – sprawiedliwość społeczna. Metazasad, które mówią nam, jak stosować prawo, nie da się uregulować. Ale można je kultywować i organizować. W demokracji opinia publiczna jest wiążąca dla władzy. I tak jak sędzia ma w obowiązku wezwać wszystkich świadków i biegłych w procesie stosowania prawa – z troski o stan faktyczny i uzasadnienie swoich rozstrzygnięć (które wchodzą w szerszą, dialogiczną, domenę dyskursu) – tak każdy aktor społeczny powinien umieć się (re)prezentować, by dostarczyć procesowi demokratycznemu paliwa.

    Skąd wszelkie procesy biorą swą energię? – czy jest to wzrost organizmu (podział komórkowy), czy twórczość artystyczna (inspiracja), czy przemiany polityczne (polityka)? – Ze zróżnicowania. – Dlatego Agatę Bielik-Robson prosimy, by nam jednak przeszkadzać.

    A do Pani Premier, po ludzku, apelujemy: Beata, drukuj ten wyrok! – My już go opublikowaliśmy.

    [marzec 2016

    w odpowiedzi na “Dlaczego Razem zezuje na prawo”, Agata Bielik-Robson, Magazyn Świąteczny Wyborczej
    http://wyborcza.pl/magazyn/1,150990,19650600,dlaczego-razem-zezuje-na-prawo.html ]