Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Jak na dłoni - Blog Jacka Żakowskiego Jak na dłoni - Blog Jacka Żakowskiego Jak na dłoni - Blog Jacka Żakowskiego

29.09.2015
wtorek

List osobisty

29 września 2015, wtorek,

Może Państwo pomyślicie, że się lenię. Trudno. Niech tak będzie. W masie mniej i bardziej uzasadnionych wrażeń ostatnich miesięcy to z pewnością nie będzie najbardziej mylne.

Zamiast własnej twórczości chcę jednak tym razem zaproponować cudzy utwór. Wydaje mi się, że nic bardziej znaczącego nie mam teraz Państwu do zaproponowania. I nie mam się czego wstydzić, bo tekst, który znajdziecie poniżej, jest chyba dość wyjątkowy.

Rzadko się przecież zdarza, żeby szef znanej nam wszystkim korporacji nie tylko przeczytał liczący paręset stron tekst, którego czytać nie musiał, ale by też odpowiedział przenikliwym esejem wyrastającym z rozległych lektur i z doświadczenia w budowaniu międzynarodowej firmy. Dla tych z Państwa, którzy czytali raport „Reforma kulturowa”, z pewnością będzie to ciekawy suplement. Dla tych, którzy nie czytali, będzie to może intrygująca zachęta, żeby go przeczytać. Życzę pożytecznej lektury. A przy okazji jednych i drugich zachęcam do udziału w organizowanych przez „Liberte” łódzkich Igrzyskach Wolności (16-17 października), których spora część będzie dotyczyła „Reformy”.

Ustroń, 23 września 2015.

Do Pani Profesor Elżbiety Mączyńskiej
Redaktora i Współautora Raportu „Reforma kulturowa. 2020, 2030, 2040”.

Pani Profesor,
kiedy otrzymałem od Pani wersję Raportu ok. dwa i pół miesiąca temu, poczułem się wyróżniony. Bardzo dziękuję. Uznałem też, że otrzymałem od Pani prawo do tego by podzielić się refleksją nad przedmiotem, intencjami i treścią raportu. Bardzo przepraszam, że najpierw napiszę kilka zdań o moich intencjach, i o firmie, w której pracuję oraz o sobie, ponieważ moje doświadczenia nadają (tak bym przynajmniej sobie tego życzył) specyficzny kontekst temu, co dalej będzie przedmiotem refleksji nt. Raportu.

1. Po co jest ten list, czyli kasa i perspektywa.
Osią większości obecnych i nadchodzących naszych problemów, dużo poważniejszych nawet niż „nieszczęśliwe położenie geopolityczne” i tragiczna martyrologia, jest tzw. pułapka taniej pracy. Raport wskazuje jej uwarunkowania i proponuje drogi wyjścia na wielu płaszczyznach – od kultury po konkretne zmiany prawa. Proponuje reformy, które usprawniają państwo i mogą powodować szybszy wzrost gospodarczy. Tworzyć długoletnią perspektywę. Reformy państwa jednakże, czy tylko nawet wybranych praw, nie da się przeprowadzić bez posiadania wpływu na władzę polityczną. Proponowane przez Panią i współautorów Raportu zmiany muszą być dzisiaj rozpatrywane w kontekście politycznych wyborów. I to tych najbliższych. Niezależnie od dwuznaczności skojarzeń, mówiąc wprost – październikowych.

Poczynając od roli reformy dokonanej w Chile przez Chicago Boys poprzez hiszpańskie raporty opracowane przez elity reformujące kraj po dyktaturze Franco aż po Singapur widać, że nie wystarczy mieć racji. Trzeba ją jeszcze wdrożyć.

W ostatnim stuleciu najbardziej spektakularną reformę i państwa, i społeczeństwa, zarówno w sferze twardych, formalnych rozwiązań jak i w sferze kultury, przeprowadził Singapur. Kilku bardzo porządnie wykształconych (na Zachodzie!) menedżerów o wysokich kwalifikacjach moralnych wypracowało bardzo pragmatyczną wizję rozwoju pewnej ubogiej wsi rybackiej. Zarazili tą wizją miejscowych rybaków, i otrzymali władzę. Następnie zamienili tę wieś w jedno z najnowocześniejszych państw na świecie. I to w ciągu jednego pokolenia!

Zarządzanie państwem jest jak zarządzanie przedsiębiorstwem – warunkiem powodzenia jest właściwa wizja oraz jednocześnie trafne, konkretne i mierzalne cele połączone z wysokimi kwalifikacjami merytorycznymi i moralnymi menedżerów. Zaraz za tym idzie silna władza operacyjna i konsensus głównych graczy. Jednak punktem wyjścia zawsze są kwalifikacje rządzącej elity. Moralne i technokratyczne. To, jak kto myśli i jakie ma kompetencje zarządcze. Pani Raport jest dobrą bazą do oceny kwalifikacji polskich polityków przed zbliżającymi się wyborami. Przecież wszyscy deklarują, że chcą, aby było lepiej. W takiej sytuacji, zarówno wyborcy jak i wybierani muszą mieć jakąś metodologię oceny „chęci” i „planów” tych, którym będziemy przekazywać za chwilę władzę nad naszym światem. Tę metodologię można znaleźć w Pani Raporcie. Bo Raport pokazuje, co jest konieczne do zrobienia na dzisiaj i jak stworzyć perspektywę na wiele następnych lat. To tak, jak w dobrze zarządzanym przedsiębiorstwie: kluczem jest znalezienie trwałej równowagi między bieżącym cash flow a poziomem inwestycji. Czyli, że liczy się kasa i perspektywa. Jednocześnie.

2. Kontekst
Przeszło dwadzieścia lat funkcjonuję w zarządach dużych firm spożywczych. M. in. zajmowałem się restrukturyzację Herbapolu-Lublin (92-95) i Hortexu (95-99). Byłem Dyrektorem Zarządzającym zachodniej korporacji na region Europy Środkowo-Wschodniej (Strauss-Elite) a od 14 lat jestem Prezesem i CEO Grupy Mokate. Jesteśmy jednym z dwóch polskich (obok Maspexu) przedsiębiorstw spożywczych, które legitymują się obecnością markowych produktów (brendów) wśród liderów swoich kategorii również poza Polską. Reszta polskiego eksportu żywności jest niemal całkowicie „no name”. Wg moich szacunków, bo nie ma prowadzonych na ten temat żadnych statystyk tzn. nikt nie ewidencjonuje, czy eksportujemy prywatną markę tj. markę dystrybutora, czy produkt markowy, otóż wg moich szacunków 95-97% naszego eksportu jest dla finalnego konsumenta anonimowa oraz nie zawiera żadnego szczególnego know-how. Ale jest tania. (Problem taniej siły roboczej, jako przewagi konkurencyjnej z Polski jest świetnie wyjaśniony w Pani raporcie.) W tym kontekście Mokate się znakomicie wyróżnia. Nasze deserowe kawy instant, jak 3in1 i cappuccino, pod brendem Mokate oraz NYCoffee są w pierwszej trójce graczy w całej Europie Środkowo-Wschodniej. A marka herbaty Loyd (zwłaszcza herbaty owocowe i ziołow, oparte głównie na polskich lub regionalnych surowcach) jest liderem w Pribałtyce i jednym z 5 kluczowych brendów w całym regionie naszej części Europy – od Tallina po Bałkany. 75% naszych zysków zawdzięczamy działalności eksportowej (w tym również eksportu półproduktów), przy czym spora część naszego eksportu to eksport wartości niematerialnych. Podatki płacimy w Polsce. W Europie nasza pozycja wyrosła głównie dzięki skutecznemu transferowi aktywów z Polski do krajów, w których lokowaliśmy nasze brendy ale nie udaje nam się, póki co, wyjść poza Europę Środkowo-Wschodnią. Mamy własne struktury handlowe (w większym lub mniejszym wymiarze) we wszystkich krajach leżących „między Rosją a Niemcami”. 10 lat temu przeprowadziliśmy pierwszą zagraniczną akwizycję – w Czechach. Obecnie mamy dość duży zakład produkcyjny pod Pragą oraz firmy handlowe z własną logistyką na Słowacji, na Węgrzech, na Bałkanach oraz w Pribałtyce. Staramy się obecnie o uruchomienie własnej firmy dystrybucyjnej na terenie Wielkiej Brytanii. Dysponujemy (przepraszam za brak skromności) znakomitym i stabilnym zespołem menedżerskim, który przez lata wypracował na tyle dobre relacje z rodziną właścicieli, że odważne decyzje inwestycyjne mogły być podejmowane. Właściciele funkcjonując na co dzień razem z nami, umieli, wbrew ogólnopolskiej tradycji, nie tylko uruchomić mechanizmy twardej oraz miękkiej motywacji i delegacji władzy, ale też znaleźć właściwą rezygnację ze swojego ego w imię rozwoju firmy. W ostatnich latach dynamika naszego wzrostu nieco osłabła, ale do 2012 roku w zasadzie podwajaliśmy wartość biznesu co 4 lata. W ten sposób doszliśmy do przeszło 900 mln PLN skonsolidowanej wartości obrotów w roku bieżącym, przy znaczącym wzroście, zarówno wartości bezwzględnej jak i procentowej, skonsolidowanego EBITDA dla grupy (procentowo chyba jednego z najlepszych w branży spożywczej). Nasza siedziba znajduje się w Ustroniu przy granicy z Czechami. 100% firmy należy do rodziny Mokrysz wywodzącej się z tego regionu. To Księstwo Cieszyńskie lub inaczej Śląsk Cieszyński – jedyny w Polsce region gdzie jeszcze do niedawna mieszkało więcej zdeklarowanych protestantów niż zdeklarowanych katolików. Co ciekawe, mimo upływu lat, ciągle można również spotkać w miejscach publicznych portrety cesarza Franciszka Józefa.

Z podstawowego wykształcenia jestem socjologiem i prawnikiem a podyplomowe, skrótowe studia stricte ekonomiczne „dorabiałem” na Zachodzie Europy dochodząc już czterdziestki. Obok doświadczenia prowadzenia dużych firm spożywczych, to zainteresowanie organizacją pracy i zarządzaniem zdominowało mój rozwój osobisty.

3. Ogólne wrażenia.
Raport jest kapitalnym zwrotem w ocenie polskiej gospodarki i ocenie szans jej rozwoju. Ma klasę i charakteryzuje się porządkiem i konsekwencją rozumowania. Stawia problem, na który nikt dostatecznie nie zwraca uwagi. Problem naszej przyszłości. Raport wymaga rozpropagowania. Jak najszerszego!

Wielkie gratulacje dla Pani, że potrafiła Pani połączyć różne zagadnienia i różne osobowości autorów w jeden cykl rozumowania. To duża sztuka pogodzić eseistykę Czaplińskiego z konkretnymi propozycjami programu deliberatywnego państwa czy reformy poprzez wprowadzanie zasad inkluzywnej gospodarki. Zacząłem rozpropagowywać Raport wśród moich znajomych – myślę, że nie ma Pani nic przeciwko temu. Wiele osób z mojego otoczenia, ludzi zaangażowanych w gospodarkę, myśli bardzo podobnie, jak autorzy diagnozy przedstawionej w Raporcie. Jednak nikt nie potrafił do tej pory tego w jednoznaczny sposób zdefiniować ani nazwać, ani też wskazać przyczyn i uwarunkowań istniejących zagrożeń dla rozwoju Polski (a na pewno nie na taką skalę). A już na pewno nikt nie wskazywał dróg wyjścia. Nie było żadnych idei, co trzeba zrobić, aby się rozwijać. („Za oknem ….”). Kiedy kilka lat temu poproszony zostałem przez The Warsaw Voice o komentarz do sukcesów polskiego eksportu żywności i napisałem tekst o tym, aby w zachwycie na temat wzrostu być bardzo ostrożnym, bo cały polski eksport jest „no name” i oparty na niskim koszcie wytworzenia wynikającym z niskich kosztów pracy, to dostałem odmowę publikacji (opublikowałem to potem w „Uważam Rze”) i nikt z tej gazety nie chciał słuchać o jakichkolwiek uwarunkowaniach sukcesów eksportowych i zagrożeniach na następne lata. Powierzchowność, i jakaś straszna doraźność naszego dyskursu medialnego, zwłaszcza o naszych gospodarczych perspektywach jest porażająca.

Nikt do tej pory nie postawił tak szeroko problemu wartości dodanej w naszej gospodarce i, w ogóle, problemu roli wartości niematerialnych. Ich przyczyn. Problemu realnych uwarunkowań przyszłego wzrostu gospodarczego, długoterminowych działań, wizji rozwoju na najbliższe 10, 20 i więcej lat. Pani jest pierwsza.

Bo tajemnica nie tkwi w dyskursie między gospodarczym liberalizmem a socjalizmem, ale w osadzaniu rozwiązań konserwatywnych, liberalnych czy lewicowych, czy jakkolwiek by je określać, na konkretnym gruncie kulturowym i konkretnej sytuacji gospodarczej i organizacyjnej. („Paraetatystyczne” rozwiązania – państwowy program rozwoju, jak mi się zdaje, nie był w stanie przeszkodzić Finom tworzyć Nokię). Polsce potrzebna jest zmiana tego gruntu.

4. Marketing raportu.
Raport w jak najszerszym zakresie musi „trafić pod strzechy”. Myślałem o tym, aby poprowadzić myślenie o diagnozie i proponowanych rozwiązaniach w taki sposób, aby jak najłatwiej zbudować właściwy „marketing raportu” i co za tym idzie, marketing proponowanych reform. Zareklamowałem czytanie Raportu wśród swoich współpracowników (większość to są ludzie młodzi przed 40-tym rokiem życia). Najłatwiej poszło im ze zrozumieniem idei tekstu Jacka Żakowskiego o różnicach cywilizacyjnych „Rogala”. Może dlatego, że w naszej firmie, wśród moich współpracowników, bardzo wszyscy dbamy, od lat, o szanowanie wartości pracy zespołowej (i to jest źródłem naszych sukcesów). Najtrudniej przebiegło zrozumienie naszego podstawowego dylematu kulturowego pomiędzy „schizofrenią” Żeromskiego a spójnością modernizmu Brzozowskiego. Nie da się, za pomocą opisu tego dylematu, łatwo wytłumaczyć „młodzieży”, że bez gruntownej zmiany kultury nie będzie można budować szklanych domów. Żeromskiego dzisiaj, nawet w liceach, już się nie czyta (ewentualnie jakieś szalone skróty) a o Brzozowskim nawet humaniści najczęściej nie mają pojęcia. Przemawia za to do nich idea Inkluzywnej Gospodarki (zwłaszcza idee partycypacji pracowników w ciałach statutowych przedsiębiorstwa) oraz idea Holistycznej Szkoły Całodniowej. Niezwykle inspirująca propozycja Deliberatywnego Państwa jest dla nich trochę nieczytelna (a szkoda).

Jest wiele osób odczuwających podobnie obecne problemy Polski, ale aby do nich dotrzeć trzeba by chyba potraktować Raport jak produkt rynkowy i zbudować dla niego, po prostu, strategię marketingową. Jego trzeba „sprzedać” i to bardzo szeroko. Nie jestem pewien, czy do tego celu nie warto by rozważyć nadanie Raportowi kilku (dwóch, trzech) haseł – claimów do komunikacji – może np. „dorównajmy Skandynawom” etc. (Tak, pamiętam, że to może ocierać się o kiczowatość; a propos, „Zbudujmy drugą Japonię” wcale nie było takie złe, bo wprowadzało nowy punkt odniesienia i odrywało nas od osi Rosja – Europa Zachodnia.) Mam wrażenie, że rola tego dokumentu może być dużo większa niż się komukolwiek wydaje. Jest wielu przedsiębiorców i menedżerów w Polsce, (zwłaszcza młodego pokolenia) w polskich firmach (czyli takich, gdzie decyzje podejmuje się na terenie naszego kraju i tutaj odprowadza podatki), których w rozwoju blokuje „pudełko kulturowe” i brak tradycji myślenia strategicznego, ale którzy są w stanie otworzyć się na kulturową zmianę. Ano, choćby dlatego, że mają ambicje posiadania globalnych brendów i nie potrafią zrozumieć dlaczego im się nie udaje.

5. Benchmarki a Polski Rogal i Trzon.
Jedną z idei, którą być może warto rozważyć do przygotowywania implementacji rozwiązań zawartych w Raporcie, jest kwestia wprowadzenia szerokiej zasady porównań naszych rozmaitych wskaźników z dobranymi odpowiednio punktami odniesienia a następnie szerokiego rozpropagowania tych porównań. To jest oczywiście idea, która ma swoje korzenie w Teorii Grup Odniesienia i jest związana z wieloma uproszczeniami, ale mam takie doświadczenia, że dobrze „rozegrana” idea benchmarków (to zawsze jest trochę manipulacja – niestety), to bardzo skuteczny sposób zarządzania i narzędzie regularnego mobilizowania ludzi do osiągania konkretnych celów. „Jeśli Finowie mogą mieć dobrze zorganizowaną edukację, to dlaczego nie możemy my”. Albo, co dużo bardziej może poruszyć nasze narodowe poczucie honoru, to porównanie z Czechami. Czesi prawie we wszystkich wskaźnikach gospodarczych wypadają lepiej. Są też dużo bardziej prospołeczni, mają bardziej rozbudowaną sferę świadczeń socjalnych w zakładach pracy (np. obowiązkowe stołówki i dofinansowanie posiłków regeneracyjnych w każdym zawodzie etc). Takie odwołanie się do poczucia wstydu i rywalizacji jednocześnie, będzie się dobrze mieściło w naszej narodowej tożsamości.

Raport porządkuje wiele wskaźników w określony ciąg rozumowania. Dokonuje próby odpowiedzi – dlaczego. Nikt do tej pory tak całościowo tego nie robił. Ale znalezienie „czułych” dla Polaków punktów odniesienia mogłoby dać większą skuteczność wdrożenia rozwiązań w nim proponowanych.
Oprócz tego, wydaje mi się, że warto by dołączyć do Raportu wewnętrzne, polskie porównania. Polska jest bardzo zróżnicowanym krajem. Jedne gminy rozwijają się szybciej a inne wolniej. My, wewnątrz kraju, też mamy swego Rogala i swój Trzon. Porównywałem ostatnio jak długo czeka się na zezwolenie budowlane (przemysłowe) w gminie Tarnowo Podgórne pod Poznaniem (to jedna z najbogatszych gmin w Polsce) i w Ustroniu (prowadzimy obecnie dużą inwestycję). To prosty wskaźnik świadczący o sprawności terytorialnej władzy urzędniczej. Różnice są istotne na korzyść Tarnowa ale jeszcze większe różnice co do pozycji urzędniczej znajdziemy między lewą a prawą stroną Wisły. Wpływ historii jest tutaj niezwykle widoczny – nie tylko w zakresie preferencji politycznych. Nie wiem, czy są w literaturze jakieś monografie porównujące te dwie Polski?
Wydaje mi się, że szeroka popularyzacja takich wewnętrznych i zewnętrznych benchmarków mogłaby bardzo pomóc we wdrożeniu Reformy.

6. Zegary na wieżach kościołów.
To bodajże Max Weber w „Etyce protestanckiej i duchu kapitalizmu” zwrócił między innymi uwagę na różnice w percepcji czasu między protestantami a katolikami i wśród różnych odmian protestantyzmu. Przypomniało mi się to, kiedy ze zdziwieniem stwierdziłem, że w regionie, w którym pracuję (Księstwo Cieszyńskie), o tak silnych tradycjach protestanckich, kościoły katolickie i protestanckie mają zegary na swoich wieżach. Tak, katolickie też! Wszystkie. I, co jest zadziwiające, wszystkie te zegary precyzyjnie chodzą! W innych częściach Polski, jeśli nawet trafi się zegar na kościele katolickim, to najczęściej nie jest nastawiony. A tutaj, konkurencja ze strony parafii protestanckich wymusza na proboszczach katolickich zupełnie inne zachowania. Okazują respekt dla symboliki czasu. A to w naszej kulturze jest czymś nietypowym. Moim zdaniem te wszystkie kraje „Rogala” z eseju Jacka Żakowskiego charakteryzują się min odmienną percepcją czasu, jako zjawiska fizycznego a przez to inaczej traktują symbolikę czasu niż kraje „Trzonu”. W katolicyzmie i prawosławiu czas jest bardzo abstrakcyjnym pojęciem (w prawosławiu jest jeszcze bardziej niemierzalny niż w katolicyzmie). Z „mojego” protestanckiego Ustronia pochodzą cztery rodziny zajmujące miejsca w pierwszej setce najbogatszych Polaków a myślę, że w drugiej setce jest ich jeszcze więcej. Ustroń ma ok. 12 tys. mieszkańców …

Dużym niebezpieczeństwem dla Raportu jest przypięcie mu łatki (np. przez ortodoksyjnych księży-polityków) wyłącznie wybranych postulatów modernizmu obyczajowego. Może postulat umieszczenia zegarów na wieżach kościołów katolickich również w pozostałych regionach Polski byłby silniejszym sygnałem niż kwestie praw homoseksualistów? Bo przeciwnicy Reformy jakąś łatkę przypną, a ta o prawach homoseksualistów byłaby najbardziej niebezpieczna.

Może na razie niech Kościół polski wdroży w pełni postanowienia Soboru Watykańskiego, co byłoby dość szokujące dla naszego społeczeństwa. Jeśli je przyjmie, będzie musiał „powiesić zegary na wieżach”. Wymaganie bardziej radykalnych zmian społecznych w zakresie modernizmu obyczajowego chyba byłoby dla naszego społeczeństwa zbyt szokujące.

7. Kluczowe pojęcia raportu.
Żeby sprzedać szeroko Raport, warto chyba zastanowić się nad tym, czy nie można by zastąpić kluczowych dla prezentowanych koncepcji terminów na bardziej przyswajalne i łatwiejsze do upowszechnienia. Jeśli się da, bez szkody dla treści, uciec od zbyt fachowego języka to ułatwiłoby to szeroką percepcję treści. Przecież Raport musi trafić Pod Strzechy.

Bardzo podoba mi się cała koncepcja Deliberatywnego Państwa ale sam termin „deliberatywne” odstrasza. Proponuję zamiast tego „Rozważne Państwo” ze wszystkimi odmianami tego terminu w miejsce „deliberacji”. Zamiast więc „deliberacji krajowej” byłoby „rozważanie krajowe” etc. Pierwsza ogólnokrajowa deliberacja – rozważanie powinna dotyczyć tez Raportu. Podobnie rzecz ma się z koncepcją Holistycznej Szkoły Całodniowej. Zastąpiłbym słowo „holistyczna” terminem np. „Nowoczesna” lub „Całkowita”.

Być może jest więcej takich terminów. Sprawa wymaga odrębnych studiów. Po rozważeniu możliwych zamian, bez wątpienia, Raport trzeba sprowadzić do kilku kluczowych terminów, claimów. Jak „Rozważne Państwo”, „Nowoczesna Szkoła”,”Inkluzywna Gospodarka” etc. (Inkluzywna chyba nie da się zastąpić – bo „otwarta” lub „współuczestnicząca” nie oddaje istoty tego terminu).

8. Folwark, czyli blokada.
Pułapka taniej pracy jest jasna. Niskie koszty wytworzenia oparte na niskich kosztach pracy, znacznie niższych niż u naszych zachodnich sąsiadów, zapewniają konkurencyjność produktom pozbawionym wartości niematerialnych. Wymuszają specyficzne, feudalne relacje w firmach i w wielu regionach Polski, gdzie folwarczne zakłady są jedynym często pracodawcą w promieniu opłacalności kosztów dojazdu pracowników tj.15-50km (zwłaszcza obszary popegeerowskie), kształtują obraz całościowej organizacji społecznej. Lokalne struktury organizacji państwa są na usługach lokalnego Pana, Dziedzica – a ten kształtuje wszystko na danym obszarze geograficznym wg swoich upodobań. Często, jak by powiedział modny ostatnio Daniel Kahneman (noblista, psycholog), kierując się myśleniem szybkim. Emocjami. „Wybiera” lokalnego komendanta policji, władze samorządowe, stara się koncesjonować życie całego otoczenia. Wg moich obserwacji takich obszarów jest w Polsce coraz więcej. To rodzi najgorsze patologie władzy, korupcję i specyficzną postawę całej lokalnej społeczności oraz powoduje specyficzne rewanże wobec „pańskiego sposobu funkcjonowania” jak przystało na „pańszczyźnianych chłopów” w wersji okrutnej. Poruszony trafnością Raportu zacząłem studiować opracowania socjologów na ten temat, ale już widzę, że mechanizm feudalnej organizacji w naszej gospodarce jest, wg moich obserwacji, znacznie głębszy i bardziej powszechny niż wynika to z wyników ich badań. Dlatego wymuszenie prawem choćby jakiegokolwiek uczestniczenia pracowników w zarządzaniu firmą to będzie krok do przodu. Być może rozpocznie się w ten sposób proces poprawy relacji folwarcznych.

Z całkowicie pejoratywnym obrazem organizacji typu Folwark jest jednak pewien problem. To jest bardzo wydajna struktura do pewnego poziomu wielkości przedsiębiorstwa. W latach dziewięćdziesiątych, na tamtym poziomie naszego rozwoju, takie organizacje bardzo sprzyjały polskiej gospodarce. Wtedy, kiedy nie ma etyki pracy i naturalnej solidności zachowań pracowników, taka organizacja potrafi wymusić efektywność poprzez coś w rodzaju feudalnego przymusu, strachu, budowania zależności między właścicielem a pracownikami. Folwark ma problem z wytwarzaniem wartości dodanej, ale potrafi znakomicie realizować wszelkie strategie cięcia kosztów. Jego istotą jest troska o niskie koszty produkcji. W Folwarku, z reguły, Dziedzic osobiście pilnuje przede wszystkim działu zaopatrzenia (zakupy) bo pracownicy bardzo często są narażeni na korupcyjne mechanizmy. W Polsce, wraz ze zmianą ustroju, nastąpiło coś w rodzaju transferu korupcji a bardzo często było to związane wprost z transferem konkretnych osób w przedsiębiorstwach – najbardziej korzystnym i korupcyjnym miejscem był poprzednio handel, działy sprzedaży, a potem stało się nim zaopatrzenie. Dzisiaj aby coś sprzedać trzeba niekiedy dawać łapówki. Ponieważ Dziedzic (z różnych powodów) zna te mechanizmy korupcyjne, zna ich potęgę i finezyjność, nie ufa nikomu i sam kontroluje cały proces. Wszystko działa dopóki firma jest mała. Kiedy firma rośnie, ta chęć kontroli wszystkiego, zwłaszcza zakupów, blokuje rozwój i rozwija powszechną nieufność wśród zatrudnionych menagerów. Nieufność przenosi się na wiele innych pól współpracy i blokuje parametryzację całej organizacji. Dziedzic nie potrzebuje inteligentnych, ale potrzebuje tanich i uległych. A potem ten mechanizm się tylko wzmacnia. Bardziej przedsiębiorczy odchodzą a zostają tylko ci, którzy potrafią dostosować się do reguł feudalnych. Tacy pracownicy nic nie wymyślą. To jest źródłem stagnacji w rozwoju firm. Po pewnym czasie nie ma już odwrotu. Dziedzic jest zdziwiony brakiem rozwoju i postępującą dyskontyzacją oferty. Spadkiem marż. Szuka więc kolejnych oszczędności i koło się zamyka. Teraz, w czasie kryzysu, małe folwarki stały się znowu bardzo skutecznymi organizacjami, bo potrafią znakomicie ciąć koszty.

Firma hierarchiczna, oparta na braku realnych, zoperacjonalizowanych parametrów nie jest w stanie tworzyć nowych rozwiązań. Jej jedyną wartością dodaną może być niski koszt wytworzenia. Kulturowy model organizacji firmy jest chyba naszym największym problemem. Nie ma innych wzorów organizacyjnych. Mamy w głowach wyłącznie hierarchiczne struktury, oparte o przepływ informacji tylko w jedną stronę – z góry na dół. Oprócz Folwarku jeszcze Kościół Katolicki i Wojsko. W tym zestawieniu Folwark ma kapitalną przewagę, ponieważ de facto jest organizacją zadaniową. W przeciwieństwie do dwóch poprzednich, jego efektywność jest mierzalna. Dlatego kultura protestancka ma przewagę gospodarczą, ponieważ wykształciła płaskie struktury organizacyjne. Wspólnoty zadaniowe. Organizacje o poziomej współpracy. To jest istota Trzonu.
Jak zmienić Folwark? Na pewno Pani propozycje odnośnie udziału we władzach oraz sukcesywnego wzrostu poziomu płacy minimalnej są krokami w bardzo dobrym kierunku. Wprawdzie ten typ właściciela nigdy się nie zmieni i prawdopodobnie, w małych firmach, znajdzie sposób na obejście formalnych regulacji, ale w dużych (powyżej 100 osób) firmach już jest to niemożliwe. Jednak ta faktyczna zmiana musi odbyć się na poziomie kulturowym i to w nowym, młodszym pokoleniu. To musi się wydarzać we wszystkich wymiarach jednocześnie i tutaj rzeczywiście rację miał Brzozowski a nie Żeromski. Nadzieja jest więc tylko w nowo zakładanych firmach. Oby one uwolniły się spod tego okrutnego zaklęcia naszej polskiej cywilizacji.

9. Respekt dla wartości niematerialnych a wszechogarniający following, czyli dlaczego nie tworzymy globalnych marek.
Mam wrażenie, że dominującym tematem w polskich fachowych mediach biznesowych jest od wielu lat tematyka fuzji i przejęć. W biznesowym dyskursie mówi się wyłącznie o tym, jak budowa większego przedsiębiorstwa obniży udział kosztów stałych i w efekcie poprawi rentowność przedsiębiorstwa. Nie ma mowy o kliencie ani o przewagach konkurencyjnych oferowanych produktów. Nie o innowacji, ale mowa jest tylko o tym, że duży przejmie małego. Przyglądam się ostatnio różnym prasowym wypowiedziom prezesów dużych polskich instytucji mających wpływ na upowszechnianie wzorów działania. Deklarują chęć dokonywania w Polsce relatywnie dużych przedsięwzięć, jak akwizycji swoich konkurentów lub podobnych branż. Inicjują dyskusję nt. repolonizacji banków. W ogóle jednak nie mówią o tym, co zyska na takich połączeniach klient. Jakimi przewagami konkurencyjnymi dysponuje PZU lub państwowe PKO w stosunku do innych graczy na tym rynku? (Za oknem nie ma idei, bo nie ma w tym dyskursie konsumentów …) Dlaczego polscy giganci nie chcą angażować się w akwizycje zagraniczne i budować z uzyskiwanych nadwyżek finansowych pozycji globalnego gracza? Prawdopodobnie dlatego, że nie potrafią wypracować takiej usługi, która będzie miała wystarczające przewagi konkurencyjne, a tylko to dawałoby możliwość skutecznego starcia z większymi graczami na innych rynkach. A dlaczego nie chcą wypracowywać wyjątkowych produktów i wyjątkowych przewag konkurencyjnych? Bo nie mają takich celów. Innowacja boli. Zmusza do wysiłku. Wymaga trudnej do zarządzania, najczęściej płaskiej struktury firmy. A my mamy w głowie wzory organizacyjne wywodzące się z wojska, kościoła lub w najlepszym razie z folwarku. To są hierarchiczne struktury gdzie informacja idzie tylko od góry do dołu. Following czyli naśladownictwo jest dużo mniejszym obciążeniem dla mózgu. Mają kapitały, więc naśladują świat w swojej mikroskali i próbują postawić bariery, aby przynajmniej u siebie zbudować przewagę na bazie efektu skali. Naiwność! Widzą wielką Amerykę (większość koncernów ma per saldo amerykańskich właścicieli) i próbują stać się małymi Amerykanami. Nie dostrzegają, że efekt skali, jako jedyna przewaga konkurencyjna sam przez się nie wystarczy. Upowszechniają w ten sposób fałszywy model myślenia! W efekcie budują strategie i rozwijają się bez udziału konsumentów. To wielki fałsz upowszechniany przez media. Fałszywy wzór rozwoju. To produkty (innowacyjne), ich przewagi konkurencyjne muszą rozwijać firmy a efekt skali jest koniecznym, ale wtórnym zabiegiem – nie może być celem samym w sobie.

Drugą przyczyną jest nieumiejętność transferu aktywów organizacji za granicę. Historia wielkich, światowych korporacji pokazuje bardzo ciekawą sekwencję zdarzeń. Otóż najczęściej najpierw powstawał produkt, usługa czy sposób organizacji, które to aktywo uznawano za kluczowe dla budowy przewag konkurencyjnych a następnie następowało rozszerzanie obecności produktu i firmy za granicę poprzez budowę własnych struktur – sieci sprzedaży, platformy logistycznej czy też bardzo często zakładów produkcyjnych (w zależności od wyników optymalizacji łańcucha wartości). Firma niosła w świat „dobrą nowinę”. Miała misję. Produkt. Wprowadzała coś wyjątkowego. Produkt, który rozwiązywał jakiś problem, wnosił coś dodatkowego, zaspokajał potrzebę. Budował satysfakcję konsumentów. W kilku przypadkach mogłem to sprawdzić osobiście. Nestle, Lindt, Ferrero Rocher, Tetrapak, Lavazza, Bata. Wielka ekspansja Nestle rozpoczęła się między innymi od wynalazku technologii produkcji kawy rozpuszczalnej w latach trzydziestych poprzedniego wieku. Lindt jako pierwszy wymyślił konszowanie czekolady (specyficzne mieszanie masy kakaowej). Ferrero opracowało technologię oblewania masą czekoladową orzechów. Tetra, aseptyczne pakowanie żywności do kartonów. Lavazza specyficzny sposób palenia ziaren kawy. Tomas Bata ze Zlina, na początku XX wieku, wymyślił buty z materiałów tekstylnych na skórzanej podeszwie. I tak dalej. Wielkie firmy eksportują know-how poprzez swoje struktury aktywów, swoje zagraniczne organizacje, a nie eksportują tylko produktów. Wystarczy się przyjrzeć ich bilansom – w krajach, w których mają siedziby centrali, w których optymalizują swoją strategię, mają swoje departamenty R&D (badań i rozwoju), i z których się wywodzą, mają od kilku (Nestle) do kilkunastu (Kraft) procent bilansowych aktywów. Cała reszta jest za granicą. Bez własnych struktur, bez transferu aktywów nie zbuduje się globalnych brendów. Znam wiele przykładów polskich firm, których produkty mają nawet pewne przewagi konkurencyjne, ale wchodzą na eksportowe rynki poprzez ofertę „no name” ponieważ nie potrafią przeprowadzić operacji transferu aktywów. (Ostatnio miałem taką dziwną rozmowę z kolegą z Zarządu jednego z polskich Zakładów Azotowych – sprzedają finalny premix w dużych workach na cały świat a ich dystrybutorzy przesypują do małych worków i sygnują swoim znakiem towarowym a następnie dostarczają do finalnych klientów. Nikt nie wie, że produkt jest z Polski a Prezes jest przekonany, że nie ma innej drogi rozwoju i dziwi się, że musi konkurować ceną.) Bo organizacja typu Folwark nie będzie w stanie przeprowadzić transferu aktywów. Nigdy. Do tego potrzeba organizacji opartej na głębokiej delegacji władzy, odpowiedzialności i operacjonalizacji parametrów oraz na zaufaniu. Potrzeba silnego „middle managementu”, silnych struktur pośrednich. Upowszechniany w Polsce model organizacji, upowszechniane wzory oligarchicznej pozycji przywódców są największą barierą rozwoju naszej gospodarki. Jak we dworze, potrafią tylko wyciskać niskie koszty wytworzenia lub jak w Kościele lub w Wojsku przesyłać sygnały tylko z góry do dołu.

Nie ma wzorów i nie ma idei. A jeśli gdzieś się tlą, to te opisywane w mediach historie o polskich oknach spod Rzeszowa czy Białegostoku, nawozach azotowych czy wielkich poszukiwaniach surowców energetycznych na świecie są wyłącznie medialnymi faktami. To jest magia (jak by określił Max Weber). A nam potrzeba racjonalności (to też Weber). Wiara w to, że jakiś pojedynczy czy podwójny oligarcha z Rosji lub z Polski, lub z Ukrainy jest w stanie konkurować z Conoco czy British Petroleum w Afryce nie dysponując szczególnymi technologiami poszukiwań czy wydobycia surowców jest skrajną magią a przekazywanie takich informacji do mediów jest wystarczającym usprawiedliwieniem pojawienia się na okładce kolorowych magazynów. Media, politycy i egocentryczni oligarchowie z „parciem na szkło” tworzą magiczny, nieprawdziwy obraz naszej rzeczywistości. Jeśli nawet coś sprzedajemy detalicznego na świat, to są to produkty pod markami dystrybutorów. 95-97% polskiego eksportu jest „no name” i wynika z niskich kosztów wytworzenia. A Folwark to utrwala. Niestety. Pozycja Folwarku w naszej kulturze organizacyjnej, brak świadomości jego istnienia i brak alternatywnych wzorów organizacyjnych jest naszym największym bólem.

Z naszej części obszaru Rogala w czołówce światowych, globalnych marek jest tylko Kałasznikow i Stolicznaja. Kiedyś jeszcze była Wyborowa. Przekaz dla świata naszych zainteresowań gospodarczych i umiejętności budowania przewag konkurencyjnych jest więc prosty. To dlatego reforma edukacji jest nam niezbędna. A może by tutaj użyć na razie mechanizmu wstydu, który jak jest to opisane w Raporcie, w przeszłości dobrze mobilizował polskie społeczeństwo. A może warto byłoby wprowadzać odwołania do innych wzorów działania, do innych postaci z naszej historii. Do ludzi, którzy zajmowali się tworzeniem nowych wartości dodanych w gospodarce, a nie tylko do tych, którzy potrafili konkurować o względy skarbu państwa i dorobili się na „dostawach dla wojska”. Ale przede wszystkim potrzebne nam są inne wzory organizacyjne! Oparte na parametrach a nie na administrowaniu władzy.

10.
Inkluzywna Gospodarka czyli ustawowe wymuszenie procesu wprowadzania nowej formy organizacji firm i pracy ludzi.
Zgadzam się ze wszystkimi punktami Pani Programu! Premiowanie długości zatrudnienia w jednym miejscu pracy, plan podnoszenia minimalnej płacy, partycypacja pracowników w zarządzaniu, ujednolicenie VAT, skrócenie kodeksowego czasu pracy. To będzie mała rewolucja. Postulaty są jednoznaczne i możliwe do wprowadzenia od zaraz. Stopniowo, ale rozpocząć trzeba już. Musi to być poprzedzone szeroką kampanią informacyjną. Kilkuletnim planem. Na początek przeprowadźmy „Rozważanie Krajowe” nad programem Inkluzywnej Gospodarki. Jednakże trzeba by tutaj bardzo uważać, aby nie ulec nadmiernemu kompromisowi. Te postulaty są łagodne i powinny być wprowadzone w całym pakiecie. Jednocześnie. Razem z działaniami premiującymi wzrost roli wartości niematerialnych. To pomoże uniknąć łatki „etatyzmu” – bo myślę, że takie zagrożenie może pojawić się ze strony ekonomistów-celebrytów (większość operuje argumentami neoliberalnymi).

Wdrożenie postulatów Inkluzywnej Gospodarki daje duże szanse na realizację głównych celów Reformy. Po pierwsze, pomaga złamać organizację firmy, jako folwarku, złamać kod kulturowy, że firma to musi być folwark, i zastąpić go organizacją o charakterze uczestniczącym, wspólnotowym, opartym na parametrach. Tutaj nie chodzi o spaloną ideę spółki pracowniczej, ale o budowę relacji opartych na szacunku dla ludzi i ich pracy. Choćby nieco bardziej niż jest to obecnie. Po drugie, znacznie szersze niż dotychczas otwarcie dostępu do procesów decyzji inwestycyjnych i do kapitałów dla nowej, młodszej i bardziej otwartej na świat generacji przedsiębiorców. Po prostu, przedsiębiorstwa oparte na najniższych kosztach pracy (wynikających często głównie z umów śmieciowych) powinny mieć problem z funkcjonowaniem w starym stylu – to zmusi ich do zmiany. Praca ludzka często jest tańsza niż amortyzacja nowych maszyn. W miejsce przegranych powinny wejść przedsiębiorstwa o większej otwartości na nowoczesny sposób organizacji pracy i wprowadzające nowoczesną technikę, bo to daje szanse na wzrost innowacyjności. Realizacja tych postulatów otworzy szanse na przełamanie stagnacyjnych trendów w naszej gospodarce.

11. Symbole i Kapłani Reformy.
Autorzy Raportu powinni stać się kimś w rodzaju Kapłanów Reformy. Kapłani nie powinni się wdawać w publiczne spory, które mogą powodować przypisywanie im łatek lewicowych lub prawicowych (szansa na lewicowość byłaby tutaj pewno znacznie większa). Powinni starać się głównie wdawać w spory przede wszystkim w obszarze Raportu. Np. Pan Żakowski w mediach powinien częściej wyjaśniać problem rogalowatości Polski i drogi wyjścia z niego a nie dawać się wciągać w dyskusje o prawach „związków partnerskich” do adopcji dzieci etc. Modernizm dzisiaj to nie wprowadzenie tylko na siłę wszystkich praw mniejszości seksualnych, ale też definicja pracy, punktualności, celów gospodarczych, modeli organizacji opartych na delegacji władzy czy wreszcie zasady prowadzenia dyskursu publicznego o celu „win win”. Przyznanie praw mniejszościom seksualnym wcale nie zmieni Folwarku. A to on nas dominuje na każdym poziomie organizacji społecznej – od rodziny po państwo.

Ta Reforma będzie większym wydarzeniem w historii Polski niż Konstytucja Trzeciego Maja. Uff … Myśli Pani, że się trochę teraz rozpędzam? Nie sądzę. Jeśli mamy się rozwijać, to musi być przełom. Ta Reforma, podobnie jak tamta, stawia sobie za cel zmianę naszej kultury. Nad jej operacjonalizacją warto być może jeszcze popracować. Stworzyć reguły jej wdrażania. Być może, po okresie „rozważania”, potrzebny jest dodatkowy dokument dotyczący reguł wdrażania Refomy.

Bardzo wiele zdarzeń rozgrywa się na poziomie symboli. Być może warto zacząć od rozważenia sposobów zmiany istniejącej symboliki. Proponuję dodać w tej kwestii następujące inicjatywy:

1. Historia gospodarcza w liceach. Wprowadzić rozszerzenie historii w szkołach średnich o opis dokonań postaci gospodarczych z Historii Polski (Staszic, Cegielski, Drucki-Lubecki, Wedel etc) oraz znacznie rozszerzyć opisy dokonań światowych postaci gospodarczych oraz głównych wynalazków – zwłaszcza z okresu XIX i XX wieku. Zdaje się, że to wszystko poznikało obecnie z podręczników lub zostało strasznie zminimalizowane.

2. Promocja innowatorów. Spróbować rozpropagować współczesnych i dawnych światowych innowatorów. Myślę, że Rondo Steve’a Jobsa, ulica Nikoli Tesli czy Plac Henry’ego Forda co najmniej tak samo dobrze brzmią jak nasi Powstańcy i Męczennicy Sprawy Narodowej. A na pewno lepiej niż bojownicy np. … z Czeczenii. Może list od Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego z listą wielkich światowych innowatorów do samorządów w naszym kraju, zachęcający do nadawania nowych nazw ulic i placów byłby dobrym pomysłem. Rozważyłbym (co najmniej) uruchomienie takiego procesu i nadanie jemu odpowiedniego rozgłosu. Najlepiej gdyby udało się doprowadzić do sytuacji, że liczba nazw ulic odnoszących się do gospodarki byłaby co najmniej równa liczbie nazw odnoszących się do martyrologii. Może to unormować ustawowo?

3. Wprowadzenie przedmiotu Innowacyjność, prowadzonego wyłącznie przez przedstawicieli firm (najlepiej z pozycji wyższej kadry menedżerskiej) na studiach z zakresu zarządzania i studiach ekonomicznych. Na początek w dwóch, trzech prestiżowych polskich uczelniach a następnie upowszechnienie go wszędzie. Metody badawcze, zarządzanie projektami, sposoby organizacji, analiza przypadków przełomowych projektów – wystarczy poprosić największe polskie firmy, które dbają o swój obraz medialny (a większość dba), aby przygotowały swoje case studies (analiza przewag konkurencyjnych i historia wprowadzenia swoich produktów na rynek). Przedmiot byłby koordynowany przez pracownika szkoły wyższej, który nadzorowałby program. A program byłby zestawem projektów prowadzonych przez przedstawicieli poszczególnych firm. Semestr składałby się z 11 wybranych przypadków – 11 firm byłoby zaproszonych (mogłyby się co roku rotować, ale analizy pozostałyby jako pewien kanon). Uczelnie między sobą mogłyby się wymieniać zestawami przypadków. Myślę, że firmy traktowały by to, jako bardzo prestiżowe wystąpienia a koordynujący pracownik naukowy dbałby o to, aby utrzymywać odpowiednio wysoki poziom takich zajęć. Opisy te powinny szczególną uwagę zwracać na sposób stawiania przez firmy celów rozwojowych oraz systemy parametryzacji i organizacji podczas wdrażania projektów.

4. Wprowadzenie 100% ulgi podatkowej w podatku dochodowym od produktów, których wytwarzanie jest oparte na uzyskanej ochronie patentowej w Europejskim Urzędzie Patentowym, a które są wytwarzane na terenie Polski. Chodzi wyłącznie o patenty, a nie np. o znaki towarowe. Dzisiaj to będzie, zdaje się, zupełnie sporadyczna sytuacja dla naszej gospodarki. W przeliczeniu na milion zatrudnionych składamy zaledwie 10 – 15% tej liczby wniosków patentowych, które składają Szwajcaria lub Niemcy (jednak Trzon). Procedura patentowa w Europejskim Urzędzie jest wymagająca i sam fakt podjęcia próby przejścia przez nią, niezależnie od skutków, już wymusza zmiany organizacyjne w firmie. Ale niech się ten czynnik wreszcie pojawi w jakimkolwiek ustawodawstwie! Tym bardziej, że powinien dotyczyć tylko przedsiębiorstw prowadzących działalność R&D w Polsce. Utwórzmy i u nas przynajmniej taki Podatkowy Raj.

Serdecznie Panią pozdrawiam
Marek Tarnowski
Prezes Zarządu. CEO Mokate Group.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 14

Dodaj komentarz »
  1. Raport opublikowany – mijają tygodnie i to jest pierwszy komentarz do dokumentu, który w zamierzeniach Autorów miał być podłożem dyskusji przedwyborczych (zapewne?). Żaden polityk nie zadał sobie trudu odniesienia się do rozmyślań o przyszłości naszego kraju. Co tam politycy, media także się nie zainteresowały. Co się dzieje z naszym społeczeństwem? Jeżeli tak mamy podchodzić do wysiłków ekonomistów, socjologów – Autorów Raportu to po co nam w ogóle Nauka? Po co ekonomia? Socjologia? Prawo pracy? Po co nam naukowcy? Autor eseju pisze o potrzebie strategii „sprzedania” raportu…. Panie Prezesie trzeba chyba szukać strategii przetrwania na najbliższe kilka powyborczych lat (albo 4 albo 10)! To tyle!

  2. Nie wiem czy opracowanie, o którym mowa zawiera cokolwiek na temat konieczności odbudowania ochorny celnej wobec dumpingowego importu z tzw „tanich krajów”. Praca w Polsce nigdy nie przestanie być tania jeśli pracownicy będą musieli (a ciągle muszą) konkurować ceną swojej pracy z ludźmi z Bangladeszu, czy Wietnamu.
    Wzrost cen spowodowany nałożeniem ceł można zrekompensować zmniejszeniem któregoś z podatków.
    Przypominam, że politykę protekcjonizmu celnego prowadziły wszystkie kraje Zachodnie przez całe stulecia i dobrze na tym wychodziły. Niedawno z tego zrezygnowano i mamy kryzys zadłużenia połączony z anemią inwestycyjną i odpływem przedsiębiorstw do krajów rozwijających się.
    To nieodpowiedzialna polityka, któa może się zakończyć gospodarczą katastrofą.

    I proszę mi nie mówić że istnieją jakieś reformy (w rodzaju obniżanie podatków), które nagle uczynią nas konkurencyjnymi cenowo z Wietnamem lub Chinami

  3. Ale definicja Państwa już została podana i wdrożona przed rządzących: „To znaczy wiadomo, że to nie jest prawda, ale co, kto będzie te pieniądze zwracał? Ja wiem, jak jest, kontrole robiliśmy po to, żeby wyszło, że jest dobrze. A jest źle, ale to są setki milionów złotych”

    O co więc chodzi? Wszystko przesądzone.

    http://fakty.interia.pl/raporty/raport-tasmy-wprost/informacje/news-nowe-watki-afery-podsluchowej-400-tysiecy-sobie-wzial,nId,1895220

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Autorzy Raportu skończyli swoją pracę przed festiwalem nienawiści do uchodźców w Polsce i chyba dlatego nie przewidzieli jak dużo tylko w tej sprawie „kulturowo” jest do zrobienia. Polskie produkty to nie tylko „no name” także „no land” oprócz gęsi. Po ostatnich wydarzeniach i dojściu PiS-u do władzy niechęć do Polski i jej produktów jeszcze się zwiększy.
    Poza tym już obiecano, wcześniej na emeryturę(niech pracują tylko ci, którym się chce ha! ha! ha!), później do szkoły, 500 zł… itd.
    Nie wyjdziemy z tej poetyki chłopa pańszczyźnianego, który jedynie przemyśliwa jak swojego Pana oszukać i okraść pod hasłami, a jakże sprawiedliwości społecznej.
    Żeby przeprowadzić tę rewolucję kulturową to Polacy muszą być do niej zmuszeni przez okoliczności np. tania siła robocza przenosi się gdzieś indziej. Był moment, że wszyscy chcieli przenosić produkcję na Ukrainę. „Na szczęście” dla polskich folwarków wybuchła tam de facto wojna i nikt jeśli nie będzie absolutnie zmuszony produkcji tam nie przeniesie.
    Przestrzegałbym jednak przed próbami sztucznego, urzędowego podnoszenie płac, aby tanią produkcję wyeliminować. To musi wszystko następować w sposób naturalny i ewolucyjny, a nie rewolucyjny.

  6. Jeśli ktoś nie wierzy w istnienie polskich marek, niech przejdzie się do najbliższego centrum handlowego, spisze wszystkie zagranicznie brzmiące nazwy sklepów i sprawdzi, kto jest ich właścicielem, a szybko się okaże, że ok. połowa tych zagramanicznych sklepów to sprytnie ukryci polscy przedsiębiorcy.

    Porównywanie liczby patentów w Polsce ze Szwajcarią albo Niemcami jest kuriozalne z tych samych powodów, co inne tego rodzaju porównania. Polak jest średnio 21 razy biedniejszy od Szwajcara i 7,5 razy od Niemca (global wealth databook 2014). Dla innych krajów zachodnich proporcje wyglądają podobnie. Najbiedniejsza Portugalia jest 3,5 razy bogatsza od Polski, Grecja 4 razy. Pomijam tu kwestię, czy patenty zwiększają innowacyjność, czy jedynie służą pilnowaniu interesów monopoli dając im nierynkowe przywileje.

    Narzekanie na brak ogólnoświatowych korporacji to kolejne kuriozum. Żadna obecna ogólnoświatowa korporacja nie zaczynała w ten sposób, że od razu nią była. Większość zaczynała od bycia podwykonawcami albo niszowymi przedsiębiorstwami. Nie od razu zbudowano Samsunga, że o Nokii nie wspomnę. Przykład Nokii pokazuje, że wielka korporacja może upaść, a społeczeństwo danego kraju jakoś ma się dobrze i nic strasznego się nie wydarzyło. Ciekawostka.

    Podniesienie wynagrodzeń byłoby proste, gdyby państwo chciało to zrobić, wystarczyłoby podnieść koszty uzyskania przychodu dla umów o pracę i/ lub wprowadzić kwotę wolną od składek (podatku) ZUS. Prosto i bez wielkich pseudoreform rozpisanych na tysiącach stron. Żakowski zarzuca Balcerowiczowi, że ten rzekomo proponuje jakieś wielkie nierealne reformy (co nawiasem mówiąc nie jest prawdą, większość pomysłów Balcerowicza jest względnie prosta), a sam wymyśla wielką reformę, która już na papierze jest kuriozalnie rozległa.

  7. Program ‚reformy kulturowej’ sprowadza się do propagandy. Nie żebym miał coś przeciwko propagandzie, ale to za mało. Bez przyrostu oszczędności (czyli kapitału) nic z tego nie będzie, a tego nie da się uzyskać bez: podniesienia stóp procentowych (kredyty powinny być droższe) i zmniejszenia wydatków na emerytury. Nie ma odważnego, który by to ludziom powiedział, więc sami się przekonają na własnej skórze, czym się kończy brak prawdziwych reform i zastępowanie ich pustosłowiem, gdy zacznie się finansowy kryzys po roku 2020.

  8. Ogrom zagadnień.Jak to mówią „koń ma dużą głowe i niech się..”
    Z mojej strony tylko dwa spostrzeżenia.Obydwa czechofilskie.
    Republikę mam za oknem i ja ich kocham ale Oni nie bardzo..

    „Zarządzanie państwem jest jak zarządzanie przedsiębiorstwem – warunkiem powodzenia jest właściwa wizja oraz jednocześnie trafne, konkretne i mierzalne cele połączone z wysokimi kwalifikacjami merytorycznymi i moralnymi menedżerów.”

    A.Babisz ,wedle terminologii oligarcha i wedle rankingu drugi najbogatszy w CzR ,jest wicepremierem i ministrem finansów.
    Balans zapewniają socjaldemokraci i chadecy bacząc by kasą państwa gospodarował bez tzw „konfliktu”.Jak dotad wyniki b.dobre.

    Wypowiedz szefa związkowego „Szkodowki”.Jedziemy na tydzień do Wolksburga,by tam odseparowani,w spokoju,wydyskutowac z szfostwem fmy wyjscie z kryzysu.(Radiozurnal CZ).

    To jest kwestia mentalności .Niestety.
    Zupełnie nie wiem jak można zmienic mentalnośc Polaków .

  9. To dopiero jest wyzwanie!
    Już lektura samego eseju Pana Marka (pozdrawiam i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będziemy mogli porozmawiać na tematy nie tylko zawodowe) stawia poprzeczkę tak wysoko, że czytanie ze zrozumieniem przyprawia o skurcz fałd mózgowych. Co dopiero lektura samego Raportu?
    Zobaczę, bo postanowiłem przeczytać.
    I przynajmniej jako narzędzie rozpropagowania Raportu esej Pana Marka już działa!

    Skomentuję tylko jeden aspekt – wyznaniowy. Jak widać z fenomenu zegara na wieży kościelnej konkurencja działa również na tym polu (i to w pozytywnym sensie). Idąc tym tropem chciałbym zapostulować, żeby obok słusznie sugerowanego wprowadzenia do szkół nauki historii przedsiębiorczości, gospodarki, innowacji itd. wprowadzić również obowiązkowo kurs filozofii. Oprócz bezdyskusyjnych walorów polegających na stymulowaniu myślenia, filozofia mogłaby się stać naturalną pozytywną (win win) konkurencją dla nauki religii. Oczywiście to drugie „win” zależałoby od postawy katechetów. Tyle tytułem komentarza
    Biorę się za czytanie Raportu i jego propagowanie

    Andrzej

  10. List bardzo ciekawy, poruszający kluczowe problemy, tylko jak na ten temat dyskutować, skoro na ukazanie się komentarzy trzeba czekać kilka dni.
    A może by tak Polityka aktywnie włączyła się w propagowanie treści Raportu. Mało kto zdobędzie się na przestudiowanie kilkuset stron Raportu – musi powstać skrótowa jego wersja, napisana językiem zrozumiałym dla większości bo inaczej stanie się przedmiotem dyskusji na elitarnych salonach intelektualnych i to będzie jego „śmierć”.
    A byłoby szkoda !

  11. Z tego co zrozumiałem raport proponuje zmianę mentalną Polaka. Czy to w ogóle da się zrobić? Da się, ale z całą pewnością nie poprzez dydaktyczny przymus. Szkoła nic nie zdziała, ponieważ tkwi w konkretnej, jak najbardziej realnej społeczności. Gdybym miał głos w tej sprawie, to poradziłby postawić na rozwój dużych ośrodków miejskich, które lepiej radzą sobie z kulturą „folwarku” i tracą te cechy, które raport chciałby usunąć.
    Miasto może być przecież miejscem, gdzie żyje się lepiej niż na „sielskiej” wsi. Mieszkam na skraju dużej aglomeracji miejskiej i jak widzę mękę ludzi, którzy kupili sobie domy poza miastem, to nie mogę zrozumieć ich decyzji. To miasto trzeba tylko inaczej urządzić, żeby było tym samym, czym było jeszcze 100 lat temu. Wtedy w mieście żyli najbardziej przedsiębiorczy i zamożni ludzi.
    Zawodowo pracowałem w dużym mieście, ale firma wchłonęła słabszy zakład na nieodległej prowincji i tam zderzyłem się z tym, co nazwano „folwarkiem”. Niby jeden kraj, ale zupełnie dwa różne plemiona.

  12. DRUGI LIST OSOBISTY

    Może Państwo pomyślicie sobie, że się lenię. Trudno – niech tak będzie. Zamiast własnej twórczości chcę na tym blogu zaproponować cudzy tekst – ale jaki dobry:

    „Magnificencjo,

    7 października 2015 r. miała odbyć się na Wydziale Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego prezentacja poświęconego Polsce numeru moskiewskiego czasopisma „Wiestnik Jewropy”. Umieszczono w nim wypowiedzi i teksty wielu polskich autorów, w tym także fragmenty rosyjskiego wydania mojej książki „Zajeździmy kobyłę historii”. Ostatecznie jednak Wydział Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego odmówił zgody na prezentację.

    W piśmie skierowanym do redakcji „Wiestnika Jewropy” dr hab. Andrzej Wierzbicki, prof. UW, tak uzasadnił tę decyzję: „Musieliśmy skonsultować się z kierownictwem naszego Wydziału i naszej Pracowni Badań nad Rosją i Państwami Postsowieckimi. Doszli oni do wniosku, że numer » Wiestnika Jewropy «poświęcony Polsce ma charakter ideologiczny, autorzy związani są z określoną orientacją polityczną. Dlatego kierownictwo Wydziału, biorąc pod uwagę akademickie standardy, nie zgadza się niestety na zorganizowanie prezentacji na Uniwersytecie Warszawskim” [przekład polski mój – K.M.].

    W opublikowanych przez „Wiestnik Jewropy” fragmentach mojej książki nie pominięto surowej krytyki planu Balcerowicza i krytycznej oceny skutków społecznych polskiej transformacji. Tuż obok zamieszczono trzy teksty Leszka Balcerowicza, którego – podobnie jak mnie – musi bardzo dziwić zaliczenie nas obu do tej samej „określonej orientacji politycznej”.

    To samo dotyczy Adama Michnika: jest on moim przyjacielem, ale z moimi poglądami na skutki transformacji zasadniczo się nie zgadza i nieraz podkreślał to publicznie.

    Wśród autorów polskiego numeru „Wiestnika Jewropy” przeważają zresztą nie politycy, lecz ludzie kultury. Andrzej Wajda i Krzysztof Zanussi znaleźli się tam nie ze względu na „określoną orientację polityczną”, lecz z uwagi na rangę artystyczną ich filmów, a także ze względu na popularność, jaką cieszy się ich twórczość w Rosji. Podobnie ma się sprawa z autorami wybranych przez redakcję „Wiestnika” dzieł polskiej literatury (ich lista zaczyna się zresztą od „Bogurodzicy”, której autor pozostaje anonimowy, a jego orientacja – nieznana).

    Nie wiem, jak kierownictwo Wydziału Nauk Politycznych pojmuje termin „ideologia”. Nieco łatwiej zgadnąć, co się kryje pod formułką „określona orientacja polityczna”. Autorów polskiego numeru „Wiestnika Jewropy” łączy – niejako ponad rozmaitymi podziałami – pozytywny stosunek do liberalnej demokracji, a wolno się domyślać, że także brak entuzjazmu dla Prawa i Sprawiedliwości, które zapewne wygra najbliższe wybory parlamentarne. Naprawdę nie wiem, jakie „akademickie standardy” sprawiają, że dla ludzi tak myślących nie ma dziś miejsca w dyskusjach i prezentacjach na terenie Uniwersytetu Warszawskiego.

    Wreszcie sam zwrot „określona orientacja polityczna” pełnił rolę wykluczającego stygmatu w żargonie propagandowym komunistycznej dyktatury i jego przywrócenie do obiegu na Uniwersytecie budzi zażenowanie.

    Reformy ostatnich lat znacznie obniżyły poziom uniwersyteckiego nauczania. Wygląda na to, że odbiło się to również na języku, którym posługuje się kadra nauczająca. Wiem, że Rektor Uniwersytetu Warszawskiego nie ma na to rady, ale spędziłem na tym uniwersytecie sporo lat i odczuwam wstyd. Ten wstyd nie jest tylko moją osobistą sprawą. Jest to sprawa publiczna. Dlatego list, który w tej sprawie napisałem do Pana Profesora, decyduję się opublikować.

    Z wyrazami prawdziwego szacunku.

    Warszawa, 28 września 2015 r.

    prof. Karol Modzelewski – ur. w 1937 r., historyk mediewista, w PRL-u współautor wraz z Jackiem Kuroniem „Listu otwartego do partii”, działacz opozycji, w III RP senator”

    Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,75968,18948502,to-nie-sa-akademickie-standardy-list-do-rektora-uniwersytetu.html#ixzz3nQN48QFt

  13. w nawiązaniu do mojego poprzedniego wpisu z listem prof. Karola Modzelewskiego:

    Profesor Modzelewski, kpiąc niemiłosiernie a niezwykle inteligentnie, z decyzji Wydziału Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego w sprawie odwołania prezentacji poświęconego Polsce numeru moskiewskiego czasopisma “Wiestnik Jewropy”, pisze w zakończeniu:

    „Autorów polskiego numeru “Wiestnika Jewropy” łączy – niejako ponad rozmaitymi podziałami – pozytywny stosunek do liberalnej demokracji, a wolno się domyślać, że także brak entuzjazmu dla Prawa i Sprawiedliwości, które zapewne wygra najbliższe wybory parlamentarne. Naprawdę nie wiem, jakie “akademickie standardy” sprawiają, że dla ludzi tak myślących nie ma dziś miejsca w dyskusjach i prezentacjach na terenie Uniwersytetu Warszawskiego.”

    Ja sądzę, że to nie jedyna – a może nawet nie najważniejsza – przyczyna odwołania prezentacji.
    Wydaje mi się, że problemem jest samo ‚moskiewskie czasopismo “Wiestnik Jewropy”’.
    Chyba dla nikogo nie jest tajemnicą, że rusofobia to obecnie obowiązująca doktryna państwowa Polski.
    Wiedzą o tym doskonale władze UW; wiedzą o tym świetnie nasze media, w tym tygodnik POLITYKA (proszę przeczytać np. artykuł pani z PISM w numerze z ubiegłego tygodnia).

  14. Panie Redaktorze – „pic na wodę, fotomontaż” z tą społeczną dyskusją na temat koniecznych zmian systemowych, na temat strategii rozwoju państwa.
    Jak tak ma być prowadzona to lepiej nie zaczynać !

  15. Panie Redaktorze,

    Jest to bardzo cenna inicjatywa. Myślę, że jest najwyższy czas, aby w mediach rzeczowa dyskusja nad stanem kultury zastapiła obecną propagandę wyborczą.